Większość Islandczyków powiedziała UE „nie”. Oto co zadecydowało

31.08.2026
Kamil Śliwiński
Czas czytania: 3 minut/y

Islandczycy odrzucili w sobotnim referendum wznowienie negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską: przeciw zagłosowało 52,8 proc. uczestników (118 tys. osób), za — 47,2 proc. (105 tys.), przy rekordowej od 2009 r. frekwencji 82,5 proc. — poinformował islandzki nadawca publiczny RÚV. O wyniku przesądził spór o kontrolę nad rybołówstwem — branżą wartą ok. 15 proc. PKB i 40 proc. przychodów eksportowych kraju — choć część europejskich mediów widzi w nim także rękę potężnego lobby, które od lat kontroluje islandzkie kwoty połowowe.

Sondaże mówiły co innego

Pytanie brzmiało: czy Islandia powinna wznowić zamrożone w 2013 r. negocjacje akcesyjne. Nawet zwycięstwo opcji „tak” nie oznaczałoby członkostwa — ewentualne porozumienie z Brukselą trafiłoby pod drugie referendum. Wynik był niewiążący formalnie, ale rząd socjaldemokratycznej premier Kristrún Frostadóttir zapowiedział, że go uszanuje, a samo głosowanie przedstawiał jako moment „teraz albo nigdy”.

Rozstrzygnięcie jest tym ciekawsze, że jeszcze w marcu sondaż Gallupa dawał zwolennikom rozmów 57 proc. poparcia, a w noc wyborczą — po przeliczeniu proeuropejskiego Reykjavíku — prowadziło „tak”. Dopiero głosy z prowincji odwróciły wynik. Frostadóttir zapowiedziała, że temat nie wróci przed końcem kadencji parlamentu, czyli do 2028 r.

Dlaczego „nie” wygrało

Rybołówstwo to dla Islandii nie jedna z branż, lecz fundament: według danych przytaczanych przez Reutersa odpowiada — bezpośrednio i pośrednio — za ok. 15 proc. PKB i ok. 40 proc. przychodów z eksportu. Islandzkie zrzeszenie firm rybackich SFS publikowało przed głosowaniem raporty ostrzegające, że członkostwo w UE może osłabić krajową kontrolę nad zarządzaniem łowiskami i podziałem kwot — argumentując, że sukces islandzkiego rybołówstwa zbudowano właśnie na narodowym zarządzaniu zasobami. Według Al-Dżaziry przeciwko akcesji było 90 proc. firm branży.

Obóz „nie” podnosił też argument szerszy niż ryby. Islandia jest już w Europejskim Obszarze Gospodarczym, strefie Schengen i EFTA — korzysta więc z jednolitego rynku, zachowując własną politykę rybołówstwa, rolną i monetarną.

To nie są problemy, które rozwiąże za nas Bruksela. To są problemy, które muszą rozwiązać islandzcy politycy

— mówiła liderka opozycji i twarz kampanii „nie” Gudrun Hafsteinsdottir, cytowana przez Al-Dżazirę, odpowiadając na argumenty, że członkostwo uleczy islandzką gospodarkę.

Strona „nie” wygrała, bo trafiła w najbardziej fundamentalny element islandzkiej tożsamości narodowej: żądanie pełnej samorządności. Jest ono nierozerwalnie związane z kontrolą nad zasobami naturalnymi i rybołówstwem, które stanowi samo serce islandzkiego rozumienia suwerenności

— ocenił w rozmowie z CNBC prof. Eiríkur Bergmann, politolog z Uniwersytetu Bifröst.

Argumenty „tak” i wątek „rybackiej mafii”

Zwolennicy rozmów wskazywali na gospodarkę: inflacja i stopy procentowe należą w Islandii do najwyższych w regionie — stopa banku centralnego wynosi 8 proc. wobec 2,25 proc. w EBC — a euro mogłoby przynieść ulgę kredytobiorcom. Drugim motywem była geopolityka: powtarzane groźby prezydenta USA Donalda Trumpa wobec sąsiedniej Grenlandii sprawiły, według Reutersa, że część Islandczyków szukała w UE kotwicy bezpieczeństwa.

Część europejskiej prasy poszła jednak dalej i wynik referendum przypisuje nie obywatelskim obawom, lecz kampanii branżowego lobby. Szwedzki „Svenska Dagbladet” przypomina, że 80 proc. kwot połowowych należy do ok. 20 firm, z czego połowa do sześciu rodzin, a duński „Berlingske” nazwał sektor „nowoczesną oligarchią”; holenderski Follow the Money opisał z kolei powiązania islandzkich firm rybnych z finansowaniem kampanii brexitowej. Minister finansów Islandii Dadi Mar Kristofersson przyznawał w duńskiej prasie, że zmiany w sektorze od lat blokują „silne grupy nacisku”. W kampanii organizacje branżowe ostrzegały, że hiszpańskie i holenderskie trawlery wykupią prawa połowowe — na co unijny komisarz ds. rybołówstwa Kostas Kadis odpowiadał, że wynegocjowanie wyjątków jest możliwe, a komisarz ds. rozszerzenia Marta Kos zapewniała, że „specyfika Islandii w rybołówstwie i rolnictwie jest dobrze znana”.

Obie rzeczy mogą być prawdziwe naraz: koncentracja kwot w rękach kilkunastu firm jest faktem opisanym liczbami, a jednocześnie 118 tysięcy głosów przy 82,5-procentowej frekwencji trudno uznać za dzieło samego lobbingu — zwłaszcza że obawy o wspólną politykę rybołówstwa zatrzymały już negocjacje w 2013 r., a Norwegia z tych samych powodów pozostaje poza Unią do dziś.

Co dalej

Bruksela traci szansę na zamożnego, „łatwego” nowego członka, którym chciała uwiarygodnić politykę rozszerzenia. Komentatorzy duńskiego DR pytają, czy islandzkie „nie” nie ostudzi także ewentualnych aspiracji Norwegii. Islandia zostaje tam, gdzie była: w jednolitym rynku przez EOG, z własną koroną, własnymi stopami — i z pytaniem o strukturę własności we własnym rybołówstwie, które sobotnie referendum rozstrzygnęło tylko połowicznie: Bruksela nie będzie się do niego wtrącać, ale spór o sześć rodzin i 80 proc. kwot pozostaje sprawą islandzką.

Źródło: RÚV via RMF24; Reuters; Al Jazeera

Masz temat, o którym powinniśmy napisać? Skontaktuj się z nami!
Opisujemy ciekawe sprawy nadsyłane przez naszych czytelników. Napisz do nas, opisz dokładnie fakty i prześlij wraz z ewentualnymi załącznikami na adres: redakcja@pkb24.pl.
REKLAMA
REKLAMA