Afery skórzane w PRL: jak prawnicy ratowali przedsiębiorców przed wyrokiem śmierci

Afery skórzane w PRL: jak prawnicy ratowali przedsiębiorców przed wyrokiem śmierci

01.07.2026
Redakcja
Czas czytania: 6 minut/y

Najważniejsze:

  • W latach 1959–1960 w PRL ujawniono dwie afery w branży garbarskiej, w Warszawie i w Radomiu, w których władza domagała się wyroków śmierci za przestępstwa o charakterze finansowym, nie za morderstwo ani zdradę stanu.
  • Przestępstwa polegały na nieuczciwości finansowej: tworzeniu nieewidencjonowanych nadwyżek surowca i sprzedaży gotowych wyrobów poza oficjalnym obiegiem.
  • Warszawski skład sędziowski pod przewodnictwem Michała Kulczyckiego odmówił orzeczenia kary śmierci i zapłacił za to zawodowo: degradacją i przeniesieniem.
  • W Radomiu partia zadbała o sędziów z legitymacjami PZPR, którzy skazali prezesa Bolesława Dedo na śmierć, wyrok uchylił jednak prokurator generalny Andrzej Burda, działając wyłącznie z własnej inicjatywy.
  • Tryb doraźny, którego żądał Gomułka, pozbawiał skazanych prawa do odwołania i otwierał furtkę do kary śmierci nawet za czyny, za które normalnie ona nie groziła.
  • Afery skórzane są wstępem do zrozumienia późniejszej, głośniejszej afery mięsnej, w której wyroki śmierci zostały już wykonane.

Polowanie na aferzystów jako lekarstwo na problemy gospodarcze

Na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku Władysław Gomułka doszedł do przekonania, że źródłem kłopotów gospodarczych PRL są konkretni ludzie: oszuści, kombinatorzy, pasożyty demokracji ludowej. Logika była prosta, jeśli wskazać winnych, osądzić ich z całą surowością i pokazowo ukarać, problem zniknie. W tym celu w całym kraju zorganizowano wyspecjalizowane regionalne struktury śledcze, rodzaj ówczesnego antykorupcyjnego organu ścigania, których zadaniem było tropienie zorganizowanej przestępczości gospodarczej. Efekt ich pracy przeszedł wszelkie oczekiwania: wykryto kolejne grupy, a aparat propagandowy natychmiast nagłośnił każde śledztwo. Pierwsze dwie głośne sprawy dotyczyły garbarstwa.

Warto przyjrzeć się tym historiom uważnie, bo ujawniają coś więcej niż cwaniactwo epoki niedoborów. Pokazują, w jaki sposób sąd może zachować się w obliczu partyjnej presji, jak pojedynczy człowiek wewnątrz systemu może uratować komuś życie, oraz dlaczego cztery lata po aferach skórzanych doszło do czegoś znacznie gorszego, afery mięsnej, w której wyroki śmierci zostały już wykonane.

Warszawa: pierwsze skazanie na śmierć w sprawie gospodarczej, którego sąd nie chciał wydać

Śledztwo prowadzone w Warszawskich Zakładach Garbarskich wykazało w 1959 roku, że tamtejsi pracownicy nabywali surowiec bez odnotowywania go w dokumentacji. Pozwalało to kierownictwu budować niewidoczne dla kontroli nadwyżki gotowych wyrobów, które następnie sprzedawano poza państwowym obiegiem, zysk trafiał do prywatnych kieszeni. Łączne straty ustalone przez śledczych były znacznie wyższe niż kwota, którą oskarżonym ostatecznie udało się udowodnić: pierwsze przekraczały siedemnaście milionów złotych, drugie zamknęły się w okolicach ośmiu milionów. Ta dysproporcja, niemal dwukrotna różnica między tym, co dramatycznie nagłaśniano, a tym, co było możliwe do udowodnienia, wiele mówi o klimacie, w jakim toczył się cały proces.

Czytaj także: Afera Amber Gold: piramida za 851 mln zł, wyroki karne i klęska pozwu przeciwko Skarbowi Państwa

W lipcu 1960 roku na ławie oskarżonych zasiedli dyrektor zakładu Eugeniusz Galicki oraz jego zastępca Adolf Plesiński. Prokurator zażądał dla nich kary śmierci. Dodatkowo Gomułka nalegał, by sprawę rozpatrzeć w trybie doraźnym, postępowaniu jednoinstancyjnym, stosowanym normalnie w sytuacjach nadzwyczajnych, takich jak stan wojenny. Ten tryb miał dwie cechy szczególne: odbierał skazanym prawo do odwołania się od wyroku i otwierał możliwość orzeczenia kary śmierci za przestępstwa, za które w standardowym postępowaniu ona nie groziła. Prasa reżimowa informowała czytelników, że w ten sposób władza demonstracyjnie zaostrza ochronę majątku publicznego.

Sąd pod przewodnictwem Michała Kulczyckiego okazał się jednak nieposłuszny. Sędziowie nie poszli za oczekiwaniem partii i zamiast najsurowszego wyroku orzekli dożywocie. Trudno się temu dziwić: jakkolwiek proceder był nieuczciwy, należał do kategorii przestępstw finansowych, a nie czynów, za które orzekanie kary śmierci ma jakiekolwiek uzasadnienie w tradycji prawniczej. Partia zareagowała natychmiast. Kulczycki stracił stanowisko przewodniczącego stołecznego sądu i wylądował w Siedlcach. Dwaj pozostali sędziowie z tego składu mogli przez długi czas zapomnieć o jakimkolwiek awansie zawodowym.

Czytaj także: Afera Art-B: jak oszustwo na oscylatorze ekonomicznym zachwiało polskim systemem bankowym

Ta sprawa ma znaczenie symboliczne wykraczające poza samą garbarnię. Był to pierwszy przypadek, gdy w Polsce w sprawie czysto gospodarczej w grę wchodziła kara śmierci, i jednocześnie pierwszy przypadek, gdy sąd, formalnie zależny od systemu partyjnego, odmówił jej orzeczenia. To rzadki przykład instytucjonalnego oporu w realiach, które nie przewidywały żadnej niezawisłości.

Pytanie, które w tym miejscu naturalnie się nasuwa, brzmi: dlaczego akurat afera skórzana stała się pierwszą sprawą gospodarczą z wnioskiem o najwyższy wymiar kary? Wcześniejsze lata PRL obfitowały w przestępstwa o podobnym charakterze. Odpowiedź leży w kontekście politycznym: Gomułka w tym momencie potrzebował spektakularnego sygnału, że władza panuje nad sytuacją. Wyrok śmierci za kradzież skór był nie tyle odpowiedzią na zbrodnię, ile komunikatem skierowanym do społeczeństwa.

Radom: partia dobiera sędziów, prezes trafia do celi śmierci

Niemal równolegle do sprawy warszawskiej organy ścigania przyjrzały się radomskiej Spółdzielni Pracy Garbarskiej działającej pod nazwą „Przyszłość”. Na jej czele stał prezes Bolesław Dedo. Spółdzielnia skupowała surowe skóry od dostawców działających poza oficjalnym rynkiem, przetwarzała je przy użyciu chemikaliów pobranych nielegalnie z państwowych zakładów, a gotowe wyroby sprzedawała prywatnym odbiorcom skłonnym płacić więcej niż państwowe sklepy. Skala działalności była imponująca, sąd uznał, że szkoda wyrządzona interesom gospodarczym państwa sięgnęła ponad dwudziestu milionów złotych.

Czytaj także: Jak można ocenić wiarygodność finansową bez historii kredytowej?

Żeby zrozumieć, co ta kwota oznaczała w realiach epoki, wystarczy jedno porównanie: przeciętne miesięczne wynagrodzenie pracownika w Polsce na początku lat 60. wynosiło kilkaset złotych. Dwadzieścia milionów złotych to był dla zwykłego człowieka majątek dosłownie niewyobrażalny. Propagandowy efekt oskarżenia był więc gotowy.

Tym razem władza wyciągnęła wnioski z warszawskiej wpadki. Do składu orzekającego dobrano sędziów posiadających partyjne legitymacje. Wynik był zgodny z oczekiwaniami: Dedo usłyszał wyrok śmierci. Pozostałych ponad dwudziestu współoskarżonych skazano na kary od kilku do kilkunastu lat więzienia.

Osiemdziesiąt osiem dni, tyle prezes radomskiej spółdzielni spędził w celi śmierci. To nie jest abstrakcyjna liczba. To są niemal trzy miesiące oczekiwania na egzekucję za przestępstwo popełnione w instytucji, którą śledztwo samo określiło jako jedną z najlepszych garbarni w kraju.

Prokurator, który działał sam

Interwencja, która uratowała Dedo, była zaskoczeniem dla wszystkich zaangażowanych w sprawę. Ówczesny prokurator generalny, profesor Andrzej Burda, zdecydował się na złożenie podania do Rady Państwa z wnioskiem o zamianę wyroku. Rada Państwa przychyliła się do wniosku: kara śmierci została zastąpiona dożywotnim pozbawieniem wolności. Najistotniejszy szczegół całej historii: Burda nie działał na polecenie przełożonych. Wystąpił z własnej inicjatywy.

W systemie, gdzie lojalność wobec partii była warunkiem kariery i bezpieczeństwa, taki krok wymagał odwagi. Źródło, na którym opieram ten tekst, nie odpowiada na pytanie, ile Burdę kosztował zawodowo ten gest, ani co dokładnie nim kierowało, prawnicze przekonania, ludzki odruch, czy może jakiś rachunek polityczny, który dziś jest dla nas nieczytelny. Wiadomo tylko tyle, że zadziałał skutecznie i że uczynił to sam.

Dwa modele oporu: zbiorowy i jednostkowy

Zestawiając obie sprawy, widać wyraźnie dwa różne mechanizmy, przez które ludzie wewnątrz aparatu PRL próbowali korygować system od środka.

ElementSprawa warszawskaSprawa radomska
OskarżonyDyrektor Eugeniusz Galicki i jego zastępca Adolf PlesińskiPrezes Bolesław Dedo
Skala wykazanych stratOkoło 17 mln zł w śledztwie, ok. 8 mln zł udowodnionePonad 20 mln zł
Żądanie prokuraturyKara śmierci dla dwóch oskarżonychKara śmierci dla prezesa
Skład sędziowskiNiezależny (brak selekcji partyjnej)Celowo dobrany spośród członków PZPR
Wyrok sąduDożywocie, sąd odmówił kary śmierciKara śmierci
Forma oporu wobec systemuZbiorowa odmowa sędziów wbrew oczekiwaniom partiiJednostkowa inicjatywa prokuratora generalnego Burdy
Konsekwencje dla wymiaru sprawiedliwościDegradacja Kulczyckiego, zablokowanie awansów dwóch pozostałych sędziówBrak danych o konsekwencjach dla Burdy
Ostateczny los skazanegoDożywocieZamiana na dożywocie po 88 dniach w celi śmierci

W Warszawie sędziowie działali wspólnie, jako instytucja, i jako instytucja ponieśli zbiorową karę. Kulczycki wylądował w Siedlcach, jego współpracownicy zostali zamrożeni zawodowo. Opór miał charakter precedensowy: pokazał, że sąd może powiedzieć „nie” nawet wtedy, gdy partia mówi głośno „tak” przez media. Ale ten precedens nie uchronił następnego skazanego, Dedo trafił do celi śmierci właśnie dlatego, że władza wyciągnęła wnioski z warszawskiej „niesubordynacji” i tym razem zadbała o skład sędziowski.

W Radomiu opór był jednostkowy i spóźniony, wyrok już zapadł, człowiek już siedział za kratami z wyrokiem śmierci. Interwencja Burdy nie zmieniła systemu, ale uratowała konkretne życie. Pytanie, czy jego krok skłonił kogokolwiek innego do podobnego działania w późniejszych sprawach, pozostaje bez odpowiedzi. Źródła tego nie dokumentują.

Afera mięsna: gdy system wyciągnął właściwe wnioski

Źródło, na którym opieram ten tekst, czterokrotnie napomyka o aferze mięsnej jako „następnej” i „najgłośniejszej”. Nie bez powodu. Afery skórzane zakończyły się ocaleniem skazanych, dożywociem zamiast szubienicy. Afera mięsna, która wybuchła kilka lat później, zakończyła się inaczej: wyroki śmierci zostały wykonane. Zrozumienie, dlaczego tak się stało, jest niemożliwe bez znajomości afer skórzanych. Władza na każdym etapie uczyła się na błędach: dobierała sędziów, wywierała presję, eliminowała możliwości odwołania. Kiedy mechanizm kontroli był już doskonalszy, nie było już ani Kulczyckiego, który odmówiłby wyroku, ani Burdy, który zdążyłby złożyć podanie.

Dlaczego ta historia jest ważna poza kontekstem historycznym

Mechanizm ujawniony w aferach skórzanych nie jest wyłącznie osobliwością minionej epoki. Pojawia się zawsze, gdy władza polityczna zaczyna traktować wymiar sprawiedliwości jako instrument do rozwiązywania własnych problemów, wizerunkowych, gospodarczych lub politycznych. W takim układzie wyrok przestaje być miarą ciężaru czynu, a staje się miarą politycznej użyteczności skazania. Im bardziej spektakularny wyrok, tym silniejszy sygnał dla społeczeństwa.

Z historycznego punktu widzenia warto odnotować, że ani terror, ani jego brak nie są skutecznym lekarstwem na przestępczość gospodarczą, jeśli brakuje przejrzystych zasad rynku i sprawnych instytucji kontrolnych działających niezależnie od bieżącej polityki. PRL orzekał kary śmierci za kradzież skór, i wciąż miał problemy gospodarcze. Lekcja jest oczywista, choć historia pokazuje, że rzadko bywa wyciągana.

Najczęściej zadawane pytania

Na czym polegał mechanizm przestępczy w obu aferach skórzanych?

W obu przypadkach schemat był zbliżony: surowiec nabywano poza oficjalną dokumentacją, co pozwalało budować nieewidencjonowane nadwyżki gotowych wyrobów, sprzedawanych następnie poza państwowym obiegiem. W radomskiej spółdzielni do produkcji używano dodatkowo chemikaliów pobranych nielegalnie z państwowych zakładów, a gotowe wyroby trafiały do prywatnych odbiorców oferujących wyższe ceny niż sklepy państwowe.

Dlaczego władza żądała kary śmierci za przestępstwa finansowe?

Gomułka i kierownictwo partii traktowali efektowne wyroki jako narzędzie polityczne, miały zademonstrować zdecydowanie władzy i zrzucić odpowiedzialność za gospodarcze kłopoty PRL na konkretnych „aferzystów”. Tryb doraźny, którego się domagano, umożliwiał orzekanie kary śmierci za czyny, za które w normalnym postępowaniu ona nie groziła, i jednocześnie odbierał skazanym prawo do odwołania.

Co się stało z sędzią, który w Warszawie odmówił orzeczenia kary śmierci?

Michał Kulczycki stracił stanowisko przewodniczącego stołecznego sądu i został przeniesiony do Siedlec. Obaj pozostali sędziowie z tego samego składu mogli przez długi czas zapomnieć o awansach zawodowych.

Kto uratował Bolesława Dedo i w jaki sposób?

Prokurator generalny profesor Andrzej Burda złożył do Rady Państwa podanie o zmianę wyroku, działając wyłącznie z własnej inicjatywy, bez żadnego polecenia z góry. Rada Państwa przychyliła się do wniosku. Dedo spędził w celi śmierci osiemdziesiąt osiem dni, zanim wyrok śmierci zastąpiono pozbawieniem wolności na czas nieokreślony.

Czy opór Kulczyckiego i Burdy miał jakikolwiek wpływ na późniejsze sprawy?

Pośrednio, ale ze skutkiem odwrotnym do zamierzonego. Władza wyciągnęła z obu przypadków praktyczne wnioski i w kolejnych sprawach zaczęła staranniej dobierać skład sędziowski. W aferze mięsnej, która wybuchła kilka lat później, mechanizm kontroli był już na tyle szczelny, że wyroki śmierci zostały wykonane.

Fot. Mateusz Dach / Pexels


Masz temat, o którym powinniśmy napisać? Skontaktuj się z nami!
Opisujemy ciekawe sprawy nadsyłane przez naszych czytelników. Napisz do nas, opisz dokładnie fakty i prześlij wraz z ewentualnymi załącznikami na adres: redakcja@pkb24.pl.
REKLAMA
REKLAMA