Darmowy obiad i 45 minut przerwy. Związkowcy chcą, by budżetówka jadła na koszt podatnika
Nieodpłatne, „wysokiej jakości” posiłki finansowane z budżetu państwa dla wszystkich pracowników sektora publicznego oraz 45-minutowa przerwa obiadowa wliczana do czasu pracy — takie postulaty przedstawił związek zawodowy Związkowa Alternatywa w stanowisku przekazanym redakcji. Docelowo, jak przekonują związkowcy, darmowe obiady powinny objąć całą gospodarkę. Pomysł brzmi apetycznie, ale im dłużej się go smakuje, tym wyraźniej czuć posmak absurdu: zapłacić mieliby za niego ci, którym nikt obiadu nie funduje.
Co dokładnie proponują związkowcy
Punkt wyjścia jest rzeczowy. Obecnie Kodeks pracy gwarantuje posiłek finansowany przez pracodawcę wyłącznie zatrudnionym w warunkach szczególnie uciążliwych — hutnikom, pracownikom chłodni czy osobom wykonującym ciężką pracę fizyczną. Związkowa Alternatywa chce, by przywilej ten objął wszystkich pracowników sfery budżetowej i samorządowej, niezależnie od charakteru pracy.
Z badań wynika, że regularne spożywanie posiłków poprawia kondycję pracowników i zwiększa wydajność ich pracy.
— argumentuje Piotr Szumlewicz, przewodniczący Związkowej Alternatywy. Związek chce też wydłużenia przerwy obiadowej z 15 do co najmniej 45 minut, wliczanej do czasu pracy, a w perspektywie kilku lat — rozszerzenia darmowych posiłków na całą gospodarkę.
Rachunek, który zapłaci kasjerka i hydraulik
I tu zaczyna się problem. Sektor publiczny w Polsce zatrudnia ponad trzy miliony osób. Przyjmując skromne 20 zł za posiłek i około 250 dni roboczych w roku, mówimy o rachunku rzędu kilkunastu miliardów złotych rocznie — zanim jeszcze doliczymy koszty organizacji, stołówek i cateringu w tysiącach jednostek, od gminnych urzędów po ministerstwa.
Sfinansuje to budżet państwa, czyli podatnik. W praktyce oznacza to, że kasjerka z dyskontu, hydraulik i księgowa z prywatnej firmy — którym nikt obiadu nie funduje i którzy jedzą kanapkę w kwadrans ustawowej przerwy — złożą się na ciepły posiłek urzędnika. Ten sam urzędnik zje go zresztą w trakcie 45-minutowej przerwy wliczonej do czasu pracy, co przy pięciodniowym tygodniu oznacza de facto skrócenie tygodnia pracy budżetówki o dwie i pół godziny. Sektor prywatny zapłaci więc podwójnie: raz za cudzy obiad, drugi raz za czas jego konsumpcji.
Trudno też przejść obojętnie obok argumentacji naukowej. Teza, że „regularne spożywanie posiłków poprawia kondycję pracowników”, jest bez wątpienia prawdziwa — podobnie jak to, że sen regeneruje, a woda nawadnia. Z badań wynika również, że jedzenie jest smaczne. Żadne z tych odkryć nie odpowiada jednak na pytanie, dlaczego akurat pracownik sektora publicznego miałby jeść na koszt pracownika sektora prywatnego, a nie odwrotnie.
Realny problem, osobliwa recepta
Żeby oddać związkowcom sprawiedliwość: diagnoza, od której wychodzą, nie jest wyssana z palca. Odpływ wykwalifikowanych kadr z instytucji państwowych, rosnące wakaty i pogarszająca się jakość usług publicznych to zjawiska realne i faktycznie szkodliwe dla państwa. Specjalista od cyberbezpieczeństwa czy doświadczony prawnik rzeczywiście nie zostanie w urzędzie za pensję o połowę niższą niż rynkowa — i żaden schabowy tego nie zmieni.
Tyle że właśnie dlatego recepta rozmija się z diagnozą. Jeśli problemem są niekonkurencyjne wynagrodzenia, odpowiedzią są wynagrodzenia — przejrzyste siatki płac, wyższe stawki dla deficytowych specjalistów, odchudzenie struktur tam, gdzie etatów jest za dużo, by dało się dobrze płacić tam, gdzie ich brakuje. Benefity w rodzaju posiłków mają sens jako element pakietu oferowanego przez konkretnego pracodawcę w walce o pracownika — i nic nie stoi na przeszkodzie, by poszczególne instytucje takie rozwiązania wprowadzały w ramach własnych budżetów. Czym innym jest jednak ustawowy, powszechny przywilej dla całego sektora, finansowany przymusowo przez tych, którzy z niego nie skorzystają.
Uczciwie trzeba odnotować, że zwolennicy pomysłu mają swoje kontrargumenty: wskazują, że dofinansowane stołówki pracownicze to norma w wielu zachodnich korporacjach i instytucjach, że zdrowszy pracownik rzadziej korzysta ze zwolnień, a docelowe objęcie posiłkami całej gospodarki zniosłoby zarzut nierównego traktowania. Problem w tym, że do czasu owego „docelowo” — którego termin i finansowanie pozostają nieokreślone — podział na fundujących i konsumujących miałby się całkiem dobrze. A historia polityk publicznych uczy, że nic nie jest tak trwałe jak przywilej wprowadzony tymczasowo.
Źródło: stanowisko Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa









