Zbrojeniówka ma pieniądze, nie ma planu. Eksperci: na wojnę nie jesteśmy gotowi
Polski przemysł zbrojeniowy może stać się samowystarczalny w zakresie podstawowego sprzętu wojskowego — ale blokuje go nie brak finansowania, lecz brak wieloletniej strategii państwa, która pozwoliłaby przewidzieć zamówienia armii i budować potencjał eksportowy — oceniają eksperci w rozmowie z agencją Newseria. Diagnoza jest przy tym twarda: gdyby konflikt wybuchł dziś, w przemyśle nie ma wolnych, potwierdzonych technologicznie mocy produkcyjnych, które można by uruchomić.
Pieniędzy nie brakuje — pierwszy raz od dekad
Strona finansowa równania wygląda bezprecedensowo. Ministerstwo Obrony Narodowej oszacowało wydatki na obronność w 2025 r. na 186,6 mld zł (4,7 proc. PKB), a w 2026 r. mają one sięgnąć 200 mld zł, czyli 4,8 proc. PKB. Do tego dochodzi podpisana 8 maja umowa w ramach unijnego programu SAFE: 43,7 mld euro pożyczki — ponad 180 mld zł — na rozwój krajowej zbrojeniówki i współpracujących z nią firm, z czego 89 proc. środków ma trafić do polskich przedsiębiorstw sektora.
Zmienił się też stosunek banków, które przez dekady trzymały zbrojeniówkę na czarnych listach.
Sektor finansowy w Polsce wykazuje bardzo dużą gotowość do zwiększenia zaangażowania w finansowanie sektora obronnego. Przez wcześniejsze dekady czy nawet więcej lat banki rzeczywiście były niechętne. Część z nich miała ten sektor na swoich czarnych listach, natomiast obecnie nie widzimy takich ograniczeń. Niektóre banki wręcz przekwalifikowały go jako branżę preferowaną do finansowania
— powiedział agencji Newseria dr hab. Krzysztof Kluza, prof. Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.
Symbolem zwrotu jest wrześniowa umowa strategiczna PKO Banku Polskiego z Polską Grupą Zbrojeniową, otwierająca drogę do wielomiliardowego finansowania zamówień, mocy produkcyjnych i nowych technologii. Jak podkreśla Kluza, braku podaży środków branża nie dostrzega — pomocne byłyby co najwyżej nowe formy gwarancji i poręczeń rządowych.
Brakuje strategii: 10 sztuk w tym miesiącu, 100 w następnym
Skoro nie pieniądze, to co? Zdaniem Marcina Chludzińskiego, przewodniczącego Rady Fundacji Centrum Strategii Rozwojowych, kluczowy deficyt leży po stronie państwa jako zamawiającego.
Polska posiada potencjał do tego, żeby być samowystarczalna w kontekście podstawowego sprzętu wojskowego. Wymaga to jednak bardzo konkretnej polityki państwa, czyli tego, żeby zdefiniować, czego chce od polskiego przemysłu państwowego i prywatnego. Jakich wolumenów zamówień i w jakiej perspektywie oczekuje, aby wszyscy mogli bezpiecznie podejmować działania inwestycyjne i przygotować się do produkcji tego sprzętu
— mówi Chludziński.
Kierunek formalnie wyznacza przyjęta w lipcu 2025 r. Strategia Bezpieczeństwa Narodowego RP, przewidująca wzmocnienie przemysłu obronnego, rozbudowę eksportu i redukcję zależności od zewnętrznych łańcuchów dostaw. Problem w praktyce zamówień:
Nie można budować polskiego potencjału przemysłu zbrojeniowego, jeśli będzie się zamawiało na przykład 10 sztuk z jakiegoś asortymentu w danym miesiącu, a 100 sztuk w następnym miesiącu. Należy przewidzieć strategiczną perspektywę pięcio-, dziesięcioletnią, żeby przemysł mógł się przygotować
— podkreśla przewodniczący Rady CSR.
Jako wzór wskazuje Szwecję, która najpierw zdefiniowała potrzeby własnej armii, potem skierowała zamówienia do rynku — i na tym fundamencie zbudowała potencjał eksportowy swojego biznesu. Bo przemysł zbrojeniowy, jak dodaje, to nie tylko produkcja na własny użytek:
To przede wszystkim konieczność wyjścia z eksportem i zarabiania na tym w ramach budżetu narodowego poprzez podatki, które płacą lokalne firmy
— zaznacza Chludziński.
Cywilne firmy chcą wejść, ale odbijają się od drzwi
O tym, że zaplecze czeka w blokach, świadczy raport Bibby Financial Services „Stal na froncie. Branża metalowa w Polsce 2026 roku”: 40 proc. firm metalowych już realizuje zamówienia dla zbrojeniówki, a kolejne 40 proc. rozważa wejście na ten rynek. Barierą są jednak brak kontaktów, certyfikatów i wiedzy o procedurach oraz terminy płatności dłuższe niż w innych sektorach, wymuszające finansowanie produkcji z dużym wyprzedzeniem.
Kluza dorzuca do tej listy koncesje, rygory obiegu informacji, rozbudowane odbiory jakościowe — oraz częsty wymóg transferu własności intelektualnej, na który część firm nie jest gotowa. Osobnym hamulcem postępu są wojskowe procedury certyfikacji: raz zatwierdzonego komponentu nikt nie chce zmieniać, by nie przechodzić ścieżki administracyjnej od nowa — co, jak mówi profesor SGH, istotnie ogranicza postęp technologiczny w branży.
„Razy 5, razy 20” — test, którego dziś nie zdamy
Najpoważniej brzmi ocena gotowości na scenariusz wojenny.
Polskie zdolności produkcyjne w zakresie bezpieczeństwa narodowego nie są przygotowane na konflikt zbrojny. W przypadku gdyby taka sytuacja się wydarzyła, to w przemyśle nie ma wolnych, potwierdzonych technologicznie mocy produkcyjnych, które można by uruchomić. Jeżeli konflikt już się zacznie, to niestety to, co teraz możemy wyprodukować, w czasie konfliktu musimy pomnożyć razy 5, razy 20. Tej formy niezależności Polska nie posiada
— ostrzega Kluza, dodając, że nierozstrzygnięte pozostają też wojenne procedury logistyczne: dostawy i magazynowanie krytycznych komponentów w zwiększonej skali.
Podobnie widzi to Chludziński: Polsce brakuje skalowalności, by na bieżąco odpowiadać na potrzeby pola walki w wielu asortymentach, a budowa niezależności na czas długotrwałych działań wojennych — choć stuprocentowa samowystarczalność nie jest możliwa — to zadanie, które dopiero przed nami. Tymczasem eksportowy licznik już bije rekordy: według raportu MSZ wartość wywozu uzbrojenia i sprzętu wojskowego sięgnęła w 2024 r. 3,14 mld euro (o blisko 1,39 mld euro więcej niż rok wcześniej), z czego ok. 79 proc. — 2,49 mld euro — stanowiły dostawy do Ukrainy, a największą pozycją była amunicja i jej komponenty (ok. 1,3 mld euro). W amunicję celuje też rząd: premier Donald Tusk zapowiedział w sierpniu 2025 r. trzy nowe fabryki do końca 2028 r. i produkcję 200 tys. sztuk pocisków 155 mm rocznie, co ma w całości pokryć potrzeby polskiej armii.
Wnioski układają się w tezę, którą ta redakcja stawia przy okazji kolejnych branż — od dual-use po meble: polski problem rzadko leży dziś w pieniądzach, a prawie zawsze w przewidywalności państwa. Szwedzka lekcja, którą przywołuje Chludziński — najpierw zdefiniuj potrzeby armii, potem daj rynkowi długi horyzont, na końcu zbieraj eksportowe żniwo — jest dokładnie tym, co opisywaliśmy w naszym eseju o szwedzkim modelu. Różnica polega na tym, że Sztokholm rozpisał to na dekady pokoju. My musimy zdążyć przed testem, w którym produkcję trzeba będzie mnożyć „razy 5, razy 20”.
Źródło: Newseria










