Flagi Izraela i Iranu na pękniętym tle.

Jerusalem Post: USA powinno dokonać lądowej inwazji na Iran przy użyciu…. armii miliona zadłużonych Amerykanów

04.09.2026
Kamil Śliwiński
Czas czytania: 3 minut/y

Skoro pół roku nalotów nie rzuciło Iranu na kolana, Waszyngton powinien sięgnąć po trzy narzędzia: uznanie przez Kongres niepodległości irańskich mniejszości, werbunek zadłużonych Amerykanów w zamian za umorzenie długów oraz sprzedanie Chinom dostępu do irańskiej ropy — z Tajwanem jako kartą przetargową. Taki plan przedstawia na łamach „The Jerusalem Post” analityk bezpieczeństwa AJ Jaff, powołując się na to, że Pentagon miał w tym miesiącu poprosić zewnętrznych ekspertów o „kreatywne pomysły” na Iran. Kreatywność autor rozumie dosłownie.

Punkt wyjścia: naloty nie zadziałały

Po ponad 180 dniach konfliktu i najintensywniejszej amerykańskiej kampanii powietrznej od Iraku z 2003 r., pisze autor, potencjał militarny Iranu nie załamał się, siła powietrzna nie rozwiązała ani problemu instytucjonalnego, ani negocjacyjnego, a Pentagon wciąż nie ma narzędzi, by wojnę zakończyć — co miała potwierdzić CIA. W tym miejscu kończy się diagnoza, z którą trudno dyskutować, i zaczynają „recepty”.

Pomysł pierwszy: rozbiór państwa jedną rezolucją

Jaff przypomina, że Iran to w istocie perska większość rządząca czterema dużymi mniejszościami — Kurdami, Arabami z Chuzestanu (siedzącymi, jak zaznacza, „na irańskiej ropie”), Beludżami i Azerami — które łącznie stanowią ok. 50 proc. z ponad 90 mln obywateli. Jego propozycja: jednomyślna rezolucja Kongresu USA uznająca suwerenną niepodległość irańskiego Kurdystanu, Ahwazu i Beludżystanu, która „zmieniłaby wewnętrzną kalkulację każdego urzędnika i każdego dowódcy” przy — jak pisze — zerowym koszcie kinetycznym.

Kuriozum tej konstrukcji autor mimochodem obnaża sam. Po pierwsze, jedynym przywołanym precedensem jest kurdyjska Republika Mahabadzka z lat 40. — państwo, które istniało równo rok i upadło, gdy Sowieci cofnęli poparcie; Jaff kwituje to apelem, by Ameryka „tym razem nie porzuciła” mniejszości. Po drugie, na oczywisty zarzut, że przeciw takiej rezolucji zaprotestują sojusznicza Turcja i Irak, odpowiada rozbrajająco:

Jasne, Turcja się sprzeciwi, Irak zapewne też. Ale właśnie o to chodzi

— pisze AJ Jaff w „The Jerusalem Post.

W tej wizji parlament obcego mocarstwa dekretuje więc podział 90-milionowego państwa — bez referendum, bez pytania zainteresowanych ludów o zdanie i z pełną świadomością, że rozsierdzi to własnych sojuszników w NATO.

Pomysł drugi: dług studencki jako karta poboru

Druga recepta dotyczy arytmetyki, której — jak przyznaje autor — „matematyka po prostu się nie spina”: inwazja lądowa na Iran wymagałaby według przywoływanych przez niego szacunków od 750 tys. do 1,5 mln żołnierzy, podczas gdy cała aktywna US Army liczy ok. 452 tys., a rekrutacja kuleje, bo Amerykanie odrzucają tę wojnę. Rozwiązanie Jaffa: federalny program, w którym za 24–36 miesięcy służby państwo umarza w całości kredyty studenckie, zadłużenie na kartach i pożyczki — a przeciętny Amerykanin w wieku 18–34 lat ma ich na ponad 40 tys. dol.

Autor sam nazywa rzecz po imieniu:

Moralny odczyt tego jest niewygodny. Ale państwa generują żołnierzy, których potrzebują, poprzez bodźce działające na populację, którą mają

— przekonuje analityk.

Porównania, po które sięga — GI Bill po II wojnie światowej, ścieżki obywatelstwa po 11 września — kulą się przy bliższym spojrzeniu: tamte programy nagradzały służbę, ten czyniłby z góry długu dźwignię werbunkową, a z 40 tys. dolarów kredytu studenckiego — przepustkę na front pod Isfahanem. Trudno o bardziej dosłowną „monetyzację” obywatelskiej desperacji.

Pomysł trzeci: zapłacić Pekinowi Tajwanem

Trzecia propozycja jest z gatunku tych, które w Tajpej czyta się przy zgaszonym świetle. Jaff proponuje transakcję: Waszyngton gwarantuje Chinom dostęp do irańskiej ropy w ramach „pokonfliktowego układu zarządzania” Iranem, a Pekin w zamian cofa Teheranowi dyplomatyczną i materialną ochronę. Ceną — „kontrpartią”, jak elegancko ujmuje to autor — miałaby być publiczna „rekalibracja” amerykańskiego stanowiska wobec Tajwanu, o którą Pekin zabiega od dwóch dekad. Jak głęboka — „to jest przedmiot negocjacji”.

Innymi słowy: żeby wygrać wojnę z Iranem, Ameryka miałaby wystawić na licytację bezpieczeństwo demokratycznego sojusznika, wokół którego zbudowała całą architekturę odstraszania w Azji. Autor przedstawia to jako okazję — bo wojna z Iranem „urosła na tyle, by przemeblować główną rywalizację XXI wieku”.

Publicystyka czy sygnał?

Dla porządku: to artykuł opinii jednego analityka, nie stanowisko redakcji „Jerusalem Post” ani tym bardziej Waszyngtonu — choć Jaff prognozuje, że administracja spróbuje wszystkich trzech ruchów, zaczynając od układu z Pekinem.

Wartość tego tekstu leży jednak gdzie indziej — jako próbka klimatu debaty w siódmym miesiącu wojny. Gdy konflikt grzęźnie, w poważnych gazetach zaczynają się ukazywać całkiem serio kreślone plany rozbioru 90-milionowego państwa uchwałą, armii rekrutowanej z dłużników i handlu sojusznikami między mocarstwami. Historia zna ten moment wojen — to zwykle ten, w którym pomysły przestają być kreatywne, a zaczynają być desperackie.

Źródło: The Jerusalem Post

Masz temat, o którym powinniśmy napisać? Skontaktuj się z nami!
Opisujemy ciekawe sprawy nadsyłane przez naszych czytelników. Napisz do nas, opisz dokładnie fakty i prześlij wraz z ewentualnymi załącznikami na adres: redakcja@pkb24.pl.
REKLAMA
REKLAMA