YouTube tonie w treściach generowanych przez AI. Sam zlikwidował narzędzie, które mogło przed nimi ostrzegać

28.08.2026
Redakcja
Czas czytania: 4 minut/y

Platforma usunęła w grudniu 2021 roku publiczne liczniki łapek w dół, tłumacząc to ochroną twórców przed zorganizowanymi atakami. Pięć lat później mierzy się z zalewem masowo produkowanych treści generowanych przez sztuczną inteligencję — w styczniu skasowała szesnaście kanałów z 4,7 miliarda wyświetleń i 35 milionami subskrypcji, a w lipcu doprecyzowała zasady monetyzacji, wprowadzając kategorię treści „nieprzyjemnych lub odpychających”. Ocena jakości, którą wcześniej wykonywali zbiorowo widzowie jednym kliknięciem, jest dziś zadaniem zespołów moderacyjnych i regulaminów.

Co zniknęło pięć lat temu

Decyzję ogłoszono w listopadzie 2021 roku, a widoczne liczniki zniknęły w grudniu. Sam przycisk został — zmieniło się tylko to, że jego wynik przestał być publiczny. Twórca nadal widzi swoje łapki w dół w YouTube Studio, a algorytm nadal uwzględnia ten sygnał przy personalizacji rekomendacji.

Oficjalne uzasadnienie brzmiało: ochrona twórców, zwłaszcza małych i nowych, przed zorganizowanymi kampaniami. Platforma powoływała się na własne badania, z których wynikało, że po ukryciu licznika liczba skoordynowanych ataków spadła.

Krytyka przyszła natychmiast i z nieoczekiwanej strony — decyzję nazwał głupią Jawed Karim, współzałożyciel YouTube’a i autor pierwszego filmu w historii serwisu.

Pojawił się też zarzut, którego platforma nigdy nie odparła: publiczne liczniki bywały niewygodne nie tylko dla twórców, ale i dla reklamodawców oraz dla samego YouTube’a. Najbardziej znielubianym filmem w dziejach serwisu było przez lata firmowe podsumowanie roku, YouTube Rewind 2018.

Widzowie stracili wtedy najtańszy dostępny sygnał ostrzegawczy — informację, czy przed obejrzeniem warto poświęcić czas.

Co przyszło potem

Skala zjawiska, z którym platforma mierzy się dziś, jest bezprecedensowa. Słowo „slop”, oznaczające masowo produkowaną, bezwartościową treść, zostało słowem roku 2025 według Merriam-Webster. Według doniesień „Guardiana” mniej więcej co dziesiąty spośród najszybciej rosnących kanałów YouTube był w ubiegłym roku oparty na sztucznej inteligencji.

Ekonomia tego zjawiska jest prosta: koszt produkcji jednego materiału spadł poniżej trzech dolarów. Kanały bez twarzy stanowią dziś 38 proc. wszystkich nowych przedsięwzięć wchodzących do programu partnerskiego, wobec 12 proc. w 2022 roku.

Prezes YouTube’a Neal Mohan użył określenia „AI slop” wprost w swoim dorocznym liście za 2026 rok i uznał walkę z tym zjawiskiem za priorytet platformy.

Jak platforma walczy dziś

Narzędzia są znacznie cięższe niż przycisk pod filmem.

W lipcu 2025 roku YouTube przemianował dotychczasową politykę „treści powtarzalnych” na „treści nieautentyczne”, co dało zespołom egzekwującym szersze podstawy do działania. W styczniu 2026 roku przyszła fala wykonawcza: trwałe usunięcie szesnastu kanałów z łącznie 4,7 miliarda wyświetleń i 35 milionami subskrypcji, co według szacunków wymazało około 10 milionów dolarów rocznych przychodów reklamowych.

16 lipca 2026 roku platforma doprecyzowała zasady, wyodrębniając trzy kategorie treści wykluczonych z monetyzacji. Pierwsza to materiały generyczne, powtarzalne lub oparte na szablonie — klasyczny problem farm treści, gdzie zmienia się temat i miniatura, ale nie sama zawartość. Druga to treści odpychające lub przygnębiające, obliczone na wywołanie reakcji emocjonalnej wyłącznie dla kliknięć. Trzecia to syntetyczne persony podające się za autorytety w tematach wrażliwych, takich jak zdrowie czy finanse.

O zmianach mówił Matt Halprin, wiceprezes YouTube’a do spraw zaufania i bezpieczeństwa, wskazując, że kanał, na którym zbyt duża część materiałów wpada w którąkolwiek z tych kategorii, traci możliwość zarabiania.

Zbieżność działań innych platform nie jest przypadkowa. Meta wprowadziła własne przepisy o treściach nieoryginalnych w ciągu kilku dni po lipcowej zmianie YouTube’a, a marcowa aktualizacja wyszukiwarki Google uczyniła głównym celem egzekwowania „nadużycia skalowanej treści”. Od 2 sierpnia 2026 roku obowiązują też unijne wymogi oznaczania materiałów generowanych przez sztuczną inteligencję, wynikające z AI Act.

Paradoks

Zestawienie tych dwóch faktów daje obraz, który warto nazwać wprost.

W 2021 roku platforma zlikwidowała rozproszony, darmowy i natychmiastowy mechanizm oceny jakości — miliony ludzi klikających jedną ikonę, których zbiorowy osąd był widoczny dla każdego przed obejrzeniem materiału. W 2026 roku buduje w jego miejsce mechanizm scentralizowany, kosztowny i uznaniowy: regulaminy, zespoły moderacyjne, kategorie i fale kasowania kanałów.

Najbardziej wymowna jest tu ta druga kategoria z lipcowego doprecyzowania. Treść „nieprzyjemna lub odpychająca” to ocena z natury subiektywna — dokładnie taka, jaką wcześniej wydawali widzowie, tyle że zbiorowo i jawnie. Dziś wydaje ją firma, bez publicznego uzasadnienia i bez możliwości odwołania się do liczby.

Nie znaczy to, że łapki w dół rozwiązałyby problem AI slopu. Znaczy tylko tyle, że platforma pozbyła się najtańszego sygnału ostrzegawczego akurat przed nadejściem fali, wobec której taki sygnał byłby najbardziej przydatny — i musi teraz odtwarzać jego funkcję znacznie droższym sposobem.

Argumenty drugiej strony

Uczciwość wymaga przedstawienia racji, które za tą decyzją stały, bo nie były błahe.

Zorganizowane ataki były realne i uderzały nieproporcjonalnie w twórców małych, bez zaplecza i bez publiczności zdolnej odpowiedzieć. Dane platformy pokazywały, że po ukryciu licznika ich liczba spadła — sama widoczność liczby działała jak zachęta do dołączenia się do kampanii.

Wątpliwa jest też skuteczność samego przycisku jako narzędzia poprawiania rekomendacji. Z badania fundacji Mozilla wynikało, że kliknięcie łapki w dół zapobiegało jedynie około 12 proc. niechcianych rekomendacji; dopiero opcja zablokowania całego kanału podnosiła ten wskaźnik do 43 proc. Sygnał był więc słabszy, niż zakładali użytkownicy.

Warto też pamiętać, że publiczny licznik nigdy nie mierzył jakości. Mierzył sprzeciw — a te dwie rzeczy pokrywają się tylko czasami. Materiał rzetelny, lecz niewygodny politycznie, dostawał łapki w dół równie chętnie jak materiał bezwartościowy.

Szerszy wniosek

Ta historia mówi coś o architekturze platform w ogóle.

Systemy oceny oparte na rozproszonym osądzie użytkowników są tanie, szybkie i odporne na skalę — działają tak samo dobrze przy tysiącu i przy milionie materiałów. Systemy oparte na scentralizowanej moderacji są kosztowne, wolne i skalują się źle, bo każdy nowy materiał wymaga czyjejś decyzji. Generatywna sztuczna inteligencja obniżyła koszt produkcji treści niemal do zera, więc obciążenie po stronie oceniającej rośnie w tempie, którego żaden zespół moderacyjny nie dogoni.

Jest w tym wątek, który dobrze łączy się z opisywanym dziś przez Polski Instytut Ekonomiczny mechanizmem osłabiania skłonności do wysiłku umysłowego. Jeśli teoria z „Nature Human Behaviour” jest trafna, to zalew treści bez wartości nie tylko utrudnia znalezienie treści wartościowych — zmienia też rachunek opłacalności ich szukania. Łatwiej obejrzeć następny materiał podsunięty przez algorytm niż ocenić, czy poprzedni był coś wart.

Widz, który nie ma darmowego sygnału ostrzegawczego i któremu nie chce się szukać samodzielnie, jest zdany na to, co zdecyduje platforma. A platforma podejmuje te decyzje w interesie reklamodawców, nie widzów — to nie zarzut, tylko opis modelu biznesowego, w którym reklamodawca płaci, a widz jest produktem.

Źródło: TechCrunch, Engadget

Masz temat, o którym powinniśmy napisać? Skontaktuj się z nami!
Opisujemy ciekawe sprawy nadsyłane przez naszych czytelników. Napisz do nas, opisz dokładnie fakty i prześlij wraz z ewentualnymi załącznikami na adres: redakcja@pkb24.pl.
REKLAMA
REKLAMA