Tsundoku: Czyli dlaczego wciąż kupujemy książki, których potem nie czytamy?
Kupujemy je pod wpływem impulsu, zachwyceni okładką, skuszeni recenzją lub obietnicą, że dzięki nim staniemy się mądrzejsi. Trafiają na półki, nocne stoliki, a czasem tworzą chwiejne wieże na podłodze, czekając na moment, który może nigdy nie nadejść. Zjawisko to ma swoją piękną, japońską nazwę — tsundoku. Choć może budzić poczucie winy, psychologowie i badacze literatury uspokajają, że gromadzenie nieprzeczytanych lektur to nie powód do wstydu, lecz wyraz naszych najgłębszych aspiracji.
Japońskie słowo na powszechny nawyk
Tsundoku to termin, który idealnie oddaje stan wielu współczesnych domowych bibliotek. Słowo to powstało w epoce Meiji i jest genialną językową zbitką. Łączy w sobie tsunde-oku, co oznacza gromadzenie rzeczy na później, oraz doku, czyli czytanie. Co ciekawe, w przeciwieństwie do bibliomanii, tsundoku nie wiąże się z chęcią posiadania rzadkich czy drogich egzemplarzy dla samego kolekcjonowania. Osoba dotknięta tsundoku kupuje książki z autentyczną intencją ich przeczytania.
Problem pojawia się wtedy, gdy tempo kupowania drastycznie przewyższa nasze realne możliwości czasowe. Współczesny rynek wydawniczy, podsycany algorytmami mediów społecznościowych i trendami takimi jak BookTok, nieustannie generuje potrzebę posiadania nowości. Kupujemy szybciej, niż jesteśmy w stanie przewracać strony.
Psychologia ukryta za stertą papieru
Dlaczego tak trudno wyjść z księgarni z pustymi rękami, skoro na biurku czeka już pięć zaczętych pozycji? Psychologowie wskazują na zjawisko tak zwanego „idealnego ja”. Kupując ambitną literaturę piękną, trudny reportaż czy podręcznik do nauki nowego języka, nie kupujemy jedynie fizycznego przedmiotu. Kupujemy najlepszą wersję samego siebie — osobę, którą chcielibyśmy być, gdybyśmy tylko mieli więcej czasu i wolnej głowy.
Książka na półce staje się obietnicą przyszłego rozwoju. Sam moment zakupu przynosi natychmiastowy wyrzut dopaminy i poczucie, że zrobiliśmy krok w stronę samorozwoju. Niestety, o ile zakup trwa kilka sekund, o tyle proces przyswajania wiedzy wymaga godzin skupienia, o które w świecie pełnym rozpraszaczy jest niezwykle trudno.
Antybiblioteka czyli pochwała niewiedzy
Naukowiec i pisarz Nassim Nicholas Taleb w swojej koncepcji „antybiblioteki” rzuca zupełnie nowe, ożywcze światło na zjawisko tsundoku. Odwołując się do imponujących zbiorów Umberto Eco, który posiadał tysiące nieprzeczytanych tomów, Taleb przekonuje, że to właśnie te nietknięte pozycje mają największą wartość.
Domowe archiwum pełne nieznanych nam jeszcze treści przypomina o tym, jak wiele jeszcze musimy się dowiedzieć. Działa jak tarcza ochronna przed intelektualną pychą. Widok nieprzeczytanych grzbietów książek nie powinien więc wywoływać wyrzutów sumienia, ale inspirować, przypominając nam, że otaczający nas świat jest nieskończenie ciekawy, a proces nauki nigdy się nie kończy.









