Trzynastki i czternastki na celowniku ekonomistów. Dlaczego temat wraca i dlaczego nic się nie wydarzy
Likwidacja 13. i 14. emerytury regularnie powraca w debacie o naprawie finansów publicznych – postulat taki znalazł się w raporcie „Budżetowy SOS” Forum Obywatelskiego Rozwoju i Warsaw Enterprise Institute, a podobne propozycje trafiają do Sejmu w petycjach obywatelskich. Za każdym razem dyskusja kończy się jednak w tym samym miejscu: świadczenia kosztujące budżet ponad 30 mld zł rocznie chroni polityczny konsensus, którego strażnikiem ogłosił się prezydent. Warto uporządkować, o co właściwie toczy się ten spór – zwłaszcza że wraz z sierpniową prezentacją projektu budżetu na 2027 rok wróci on niemal na pewno.
Argument ekonomistów: 32 miliardy rocznie na świadczenie wyborcze
Punktem wyjścia dla zwolenników zmian jest stan kasy państwa. Autorzy raportu „Budżetowy SOS” przekonują, że polskie finanse publiczne znalazły się w krytycznym punkcie – wydajemy znacznie więcej, niż zarabiamy, a dług rośnie w szybkim tempie. Ich mapa ratunkowa obejmuje m.in. jednolity wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn na poziomie 67 lat, ograniczenie 800 plus kryterium dochodowym oraz likwidację dodatkowych emerytur. Trzynastkę eksperci określają jako rozwiązanie przede wszystkim o charakterze wyborczym, a nie systemowym – jej likwidacja przyniosłaby około 32 mld zł oszczędności rocznie.
W podobnym kierunku idą pomysły zgłaszane przez samych obywateli. Do Sejmu trafiła petycja proponująca zniesienie podatku PIT w zamian za likwidację 800 plus oraz obu dodatkowych emerytur – jej autor przekonywał, że dochody z PIT niemal równoważą wydatki na te trzy świadczenia. Sejmowa Komisja ds. Petycji propozycji nie poparła, wskazując na podstawie ekspertyz, że PIT to jedno z kluczowych źródeł dochodów publicznych: w 2024 r. budżet państwa uzyskał z niego ok. 98 mld zł, a samorządy ok. 81 mld zł. Eksperci ostrzegali też, że na zniesieniu PIT najwięcej zyskaliby lepiej zarabiający, podczas gdy dla wielu seniorów likwidacja trzynastki i czternastki oznaczałaby ubytek około 3200 zł rocznie – a najubożsi emeryci, którzy podatku i tak nie płacą, straciliby podwójnie.
„Ta ręka nie podpisze”
Po drugiej stronie sporu stoi twarda polityczna rzeczywistość. Obrony obu świadczeń podjął się osobiście Karol Nawrocki – podczas spotkania z przedstawicielami NSZZ „Solidarność” w Pałacu Prezydenckim zapewnił, że będzie bronił dotychczasowych osłon socjalnych, w tym 13. i 14. emerytury, przypominając jednocześnie o projekcie „Godna emerytura”.
Wielokrotnie w kampanii wyborczej mówiłem, że ta ręka nie podpisze podwyższenia wieku emerytalnego.
— zadeklarował Karol Nawrocki, prezydent RP, określając swoją rolę wobec zdobyczy socjalnych jako „defensywną”.
Deklaracja ta ma praktyczne konsekwencje wykraczające poza sferę symboli. Prezydent, który w ciągu pierwszego roku kadencji zawetował 41 ustaw, udowodnił, że z prawa weta korzysta bez wahania. Żadna ustawa okrajająca świadczenia seniorów nie ma więc w obecnym układzie sił najmniejszych szans na wejście w życie – niezależnie od tego, co sądzi o niej rząd, a tym bardziej ekonomiści. Zresztą po stronie rządowej również nie widać apetytu na taki ruch: żadna licząca się siła polityczna nie chce firmować zabierania pieniędzy najliczniejszej i najbardziej zdyscyplinowanej wyborczo grupie.
Spór akademicki z realną ceną
Debata o trzynastkach i czternastkach pozostaje więc na razie ćwiczeniem intelektualnym – ale nie znaczy to, że jest jałowa. Po pierwsze, pokazuje skalę usztywnienia polskich wydatków publicznych: ponad 30 mld zł rocznie funkcjonuje poza jakąkolwiek realną kontrolą, bo ich kwestionowanie stało się politycznym tabu. Po drugie, część ekspertów emerytalnych – nawet sceptycznych wobec radykalnych petycji – przyznaje, że oba świadczenia w obecnym kształcie wymagałyby przynajmniej modyfikacji, choćby przez silniejsze adresowanie do najuboższych seniorów zamiast wypłat niemal powszechnych.
Po trzecie wreszcie – rachunek za odkładanie decyzji rośnie. Koszty świadczeń zwiększają się z każdą waloryzacją, a demografia działa tylko w jedną stronę: emerytów przybywa, składkujących ubywa. Gdy pod koniec sierpnia rząd pokaże projekt budżetu na 2027 rok, z zapowiadanymi nowymi wydatkami i podwyżkami w sferze publicznej, pytanie o granice socjalnych zobowiązań państwa wróci na pierwsze strony. I wtedy dzisiejszy „akademicki” spór może okazać się przedsmakiem jednej z najważniejszych debat nadchodzącej dekady.
Źródło: FOR/WEI/PAP









