Farmaceutka sprawdza leki, czerwony wykrzyknik obok.

Polska wróciła do liczby aptek sprzed 20 lat. Na wsi ten sam lek bywa dwa razy droższy

20.08.2026
Redakcja
Czas czytania: 3 minut/y

W Polsce działa już tylko około 11 tysięcy aptek — tyle, co w 2007 roku, gdy rynek dopiero się kształtował. Od 2017 roku zniknęło ich blisko 2,4 tysiąca, a najbardziej odczuwa to wieś: w 96 miejscowościach zamkniętą aptekę zastąpił punkt apteczny — z węższym asortymentem, bez gwarancji dostępu do farmaceuty i z cenami wyższymi nawet dwukrotnie. Badanie Fundacji Forum Konsumentów pokazuje, że braki leków w wiejskich punktach aptecznych sięgają 40 proc., podczas gdy w miastach — około 5. O przyczyny tego stanu toczy się zażarty spór: organizacje aptek sieciowych wskazują ustawę „Apteka dla Aptekarza”, resort zdrowia — rentowność i braki kadrowe. Rozstrzygnąć ma go zapowiedziana kontrola NIK. Jedno nie podlega dyskusji: pacjent z małej miejscowości płaci więcej i jeździ dalej.

Rekordowa sprzedaż leków, coraz mniej miejsc, gdzie można je kupić

Dane GUS układają się w paradoks. Z jednej strony popyt rośnie: w 2025 roku wartość sprzedaży leków na receptę sięgnęła 33,4 mld zł (o 13,1 proc. więcej rok do roku), a liczba zrealizowanych recept — 515,6 mln. Z drugiej strony sieć placówek się kurczy: na koniec 2025 roku działało 11,0 tys. aptek ogólnodostępnych (o 1,8 proc. mniej niż rok wcześniej) i spadek trwa nieprzerwanie od 2018 roku — na początku 2017 roku aptek było ponad 13 tysięcy. Ubywa też rąk do pracy: liczba farmaceutów w placówkach spadła w rok o 3,3 proc., techników farmaceutycznych o 3,6 proc. Na jedną placówkę przypada już 3089 mieszkańców — o 40 więcej niż rok wcześniej.

Efekt widać w danych o receptach: najmniej realizuje się ich w powiatach okalających miasta — przemyskim, łomżyńskim, suwalskim — a najwięcej w miastach na prawach powiatu. To ślad codziennych podróży pacjentów: po lek jeździ się do miasta powiatowego, bo na miejscu go nie ma albo jest drożej.

Punkt apteczny to nie apteka

Zjawiskiem, które nagłaśnia raport, jest cicha zamiana aptek na punkty apteczne. Od początku 2018 roku doszło do niej w 96 miejscowościach w 14 województwach — najczęściej na Podkarpaciu (19), w Małopolsce (13) i Łódzkiem (10); na każdy ruch odwrotny przypadają ponad cztery takie zamiany. Dla mieszkańca to nie zmiana szyldu: w punkcie aptecznym kupi tylko część leków, nie ma gwarantowanego dostępu do magistra farmacji, szczepień ani recepty farmaceutycznej ratującej ciągłość leczenia. Według badania Fundacji Forum Konsumentów, na które powołuje się Związek Aptek Franczyzowych, przeciętny koszyk leków pełnopłatnych kosztujący w miejskiej aptece ok. 150 zł w punkcie aptecznym kosztuje ponad 183 zł — a pojedyncze preparaty bywają dwukrotnie droższe. Wieś płaci więcej, zarabiając średnio mniej.

Przepisy dokładają do tego paradoks: punkt apteczny wolno otworzyć tylko w gminie bez apteki — więc to właśnie zamknięcie ostatniej apteki otwiera drogę punktowi. Teoretycznie mogłaby tam wrócić apteka, ale zezwolenie może dziś dostać wyłącznie farmaceuta (z limitem czterech placówek), podczas gdy punkt apteczny może prowadzić dowolny przedsiębiorca bez tych ograniczeń.

Zastępowanie aptek punktami aptecznymi to cicha degradacja ochrony zdrowia w mniejszych miejscowościach. Nie możemy akceptować sytuacji, w której miejsce zamieszkania decyduje o tym, czy pacjent dostanie potrzebny lek na miejscu, czy będzie musiał po niego jechać kilkanaście kilometrów

— podkreśla Mariusz Kisiel, prezes Związku Aptek Franczyzowych — organizacji zrzeszającej apteki sieciowe w modelu franczyzowym, od lat krytycznej wobec ustawy „Apteka dla Aptekarza” i będącej stroną sporu o regulacje rynku.

Spór o przyczyny: ustawa czy rynek?

Środowiska aptek sieciowych wiążą spadek liczby placówek wprost z ustawą z 2017 roku: „Apteka dla Aptekarza” ograniczyła prawo otwierania nowych aptek do farmaceutów i wprowadziła limity, co — jak pokazują dane rynkowe PEX — zbiegło się w czasie z odwróceniem trendu wzrostowego. Druga strona widzi to inaczej. Ministerstwo Zdrowia w odpowiedzi na poselską interpelację wskazywało, że prowadzenie apteki to działalność gospodarcza, a placówki znikają głównie z powodów ekonomicznych — malejącej rentowności i narastających braków kadrowych, które widać w statystykach GUS niezależnie od regulacji. Samorząd aptekarski przypomina z kolei, po co ustawa powstała: miała chronić niezależne apteki przed ekspansją wielkich sieci i zapobiec sytuacji, w której o dostępie do leków decyduje wyłącznie kapitał — a tezy o „białych plamach” uznaje za przesadzone. Skutki ustawy weźmie pod lupę Najwyższa Izba Kontroli, która zapowiedziała kontrolę systemu, w tym nieprawidłowości dotyczących zmniejszenia liczby aptek i pogorszenia dostępu pacjentów do leków.

Skalę problemu na wsi dobrze oddaje jeden sondażowy kontrast: bliskość apteki deklaruje 75 proc. Polaków ogółem — ale na terenach wiejskich już tylko 34 proc. Wiceminister zdrowia przyznał zaś w debacie publicznej, że alkohol jest w Polsce fizycznie dziesięciokrotnie łatwiej dostępny niż leki.

Sedno: pacjent nie wybrał tego sporu

Niezależnie od tego, kto ma rację w wojnie o „Aptekę dla Aptekarza”, pacjent z gminy Krasne na Mazowszu, gdzie po 35 latach apteka zamieniła się w punkt apteczny, płaci realną cenę już dziś: węższą półkę, brak farmaceuty i droższe leki. Jeśli państwo reguluje rynek apteczny w imię bezpieczeństwa pacjenta, to miarą skuteczności tej regulacji nie może być struktura właścicielska rynku, lecz odpowiedź na proste pytanie: czy człowiek z małej miejscowości dostanie swój lek na miejscu i w uczciwej cenie. Dziś, jak pokazują dane — od GUS po badania konsumenckie — odpowiedź brzmi: coraz częściej nie.

Źródło: raport Fundacji Forum Konsumentów, GUS, rp.pl

Masz temat, o którym powinniśmy napisać? Skontaktuj się z nami!
Opisujemy ciekawe sprawy nadsyłane przez naszych czytelników. Napisz do nas, opisz dokładnie fakty i prześlij wraz z ewentualnymi załącznikami na adres: redakcja@pkb24.pl.
REKLAMA
REKLAMA