Netanjahu wygrywa wybory, ale nie ma większości. Języczkiem u wagi partie arabskie z rekordowym wynikiem
Po przeliczeniu głosów z 93 proc. komisji wyborczych blok premiera Benjamina Netanjahu ma 53 mandaty w 120-osobowym Knesecie, blok Gadiego Eisenkota — 48, a partie arabskie — 19 — wynika z danych izraelskiej komisji wyborczej podawanych przez serwis Ynet. Likud pozostaje największą partią z 26 mandatami, przed Yashar Eisenkota z 21. Żaden z obozów nie zbliża się do progu 61 mandatów koniecznych do utworzenia rządu — a niemal podwojony stan posiadania partii arabskich czyni z nich potencjalnych rozgrywających nadchodzących negocjacji koalicyjnych.
Noc, która odwróciła wynik
Wieczór wyborczy przyniósł huśtawkę. Pierwsze exit polls trzech głównych ośrodków wskazywały, że blok Netanjahu minimalnie przegrywa z obozem Eisenkota, by w kolejnych godzinach wyrównać i wyjść na prowadzenie — Kanał 12 dawał ostatecznie prawicowo-ultraortodoksyjnemu blokowi premiera 52 mandaty wobec 49 dla bloku rywala. W nocy Eisenkot wygłosił przemówienie utrzymane w tonie zwycięstwa — ogłosił, że rości sobie prawo do sformowania rządu, a w opublikowanym oświadczeniu ocenił, że
wstępne wyniki exit polls wskazują na całkowity brak zaufania do Netanjahu i jego rządu 7 października
— napisał Gadi Eisenkot w serwisie X. Zastrzegał jednak, że „to tylko exit polls” i trzeba czekać na wyniki ostateczne — i miał rację, choć nie tak, jak zakładał: napływające rano rezultaty rzuciły na nocne przemówienia zupełnie inne światło, a wynik bloku Eisenkota okazał się niższy od oczekiwań. Obraz mogą jeszcze skorygować tzw. głosy dwukopertowe (m.in. żołnierzy i dyplomatów) — frekwencja wśród wojskowych wyniosła 79,9 proc., o 6,2 pkt proc. więcej niż w poprzednich wyborach.
Dziewiętnaście mandatów, które zdecydują o wszystkim
Prawdziwą sensacją wyborów jest wynik mniejszości arabskiej. Dwie partie izraelskich Arabów niemal podwoiły stan posiadania, zdobywając łącznie 19 mandatów — i to ich głosy mogą przesądzić o tym, kto zbuduje większość. Arytmetyka jest brutalna dla obu stron: Netanjahu brakuje ośmiu mandatów, Eisenkotowi — trzynastu. Jak ocenił cytowany przez CNBC analityk Michael Feller, nawet przy lepszym wyniku blok Eisenkota nie byłby w stanie sformować większości bez włączenia partii arabskich i lewicowych — a to oznacza koalicyjne dylematy, które w kampanii dzieliły opozycję: przypomnijmy, że Naftali Bennett wykluczał rząd z partiami arabskimi, a Eisenkot takiej współpracy nie wykluczał.
W tle pojawia się też wątek amerykański: według źródeł cytowanych przez Ynet Donald Trump zabiega o to, by w przyszłym rządzie nie znalazł się skrajnie prawicowy Itamar Ben Gwir — co komplikowałoby Netanjahu odtworzenie dotychczasowej koalicji.
Rynki nie czekały na koniec liczenia
Niepewność natychmiast wyceniły rynki: w środę izraelskie obligacje i szekel znalazły się pod presją, gdy stało się jasne, że wybory nie wyłoniły zwycięzcy zdolnego do samodzielnego rządzenia.
Scenariusz, który kreśliliśmy we wtorkowej analizie, zmaterializował się niemal co do joty: Netanjahu zdobył więcej głosów, niż wróżyły mu sondaże, ale wciąż nie ma partnerów do większości — a wybory zamiast zamknąć kryzys polityczny, otwierają jego kolejny rozdział. Izrael czekają teraz tygodnie koalicyjnych targów, w których największą kartą przetargową dysponują ci, których część sceny politycznej z góry wyklucza. Jedno się nie zmieniło: ktokolwiek ostatecznie sformuje rząd, zrobi to w parlamencie, w którym o polityce wobec Gazy nadal decydować będzie izraelski konsensus bezpieczeństwa, nie jego rewizja.
Źródło: Ynet, Bloomberg, CNN










