Stos ściętych drzew w lesie zimowym

Drzewa z prywatnego lasu zostały ścięte bez zgody właścicieli. Sąd nie dopatrzył się przestępstwa

04.06.2025
Kamil Śliwiński
Czas czytania: 3 minut/y

Sokola, niewielka wieś w województwie lubelskim niedaleko Ryk, to miejsce, gdzie ziemia jest nie tylko źródłem utrzymania, ale i symbolem dziedzictwa. Dla Elżbiety i Grzegorza Starowiczów, małżeństwa rolników w podeszłym wieku, ich prywatny las był czymś więcej niż majątkiem – to ojcowizna, dorobek życia, zabezpieczenie na starość dla nich i ich dwóch córek. W 2021 roku wichura połamała drzewa, ale prawdziwy cios przyszedł później: ktoś nielegalnie wyciął ich las. Sprawca tłumaczył się „pomyłką”, a system – policja, prokuratura, sądy – stanął po jego stronie. Starowiczowie stracili drzewa, zdrowie, godność i wiarę w sprawiedliwość, a dziś muszą płacić 15 tysięcy złotych kosztów sądowych temu, kto ich ograbił.

Wichura i początek dramatu

Wszystko zaczęło się w 2021 roku, gdy wichura spustoszyła Lubelszczyznę. W Sokoli wiatr zniszczył budynki gospodarcze Starowiczów – dach stodoły został rozerwany, obejście zasypane gruzem. Nieubezpieczony majątek i brak oszczędności zmusiły małżeństwo do skupienia się na odbudowie domu, odkładając sprzątanie lasu. Ich niespełna hektarowy las, z 80-letnimi dębami i sosnami, położony przy dukcie leśnym, był dobrze oznakowany, ale niedostępny po wichurze – powalone drzewa tworzyły labirynt. Starowiczowie, zajęci odbudową, rzadko tam zaglądali, wierząc, że ich ojcowizna jest bezpieczna.

Tymczasem w okolicy działał mężczyzna, który ogłaszał się jako specjalista od wycinki powalonych drzew. Wszedł na działkę Starowiczów bez zgody, bez kontaktu z leśniczym, bez znajomości numeru działki. Wycinka, którą przeprowadził, była nielegalna, w przeciwieństwie do rygorystycznych procedur, którym podlegali właściciele.

6 stycznia 2022 roku Grzegorz pojechał sprawdzić las. Wrócił roztrzęsiony, niemal płacząc. „Elżbieta, przerażona jego stanem, bała się, że to atak serca” – wspomina.

Z córką, która przyjechała z Małopolski, zgłosili sprawę na komendzie w Rykach. Dzielnicowy dołączył na miejscu. Widok był druzgocący: cenne drzewa, dorobek życia, leżały pocięte, gotowe do wywózki, a część zniknęła. Policja spisała dane, zmierzyła ułożone drewno, pomijając to pozostawione na działce.

Batalia z systemem

Śledztwo stało się pasmem rozczarowań. Policja sugerowała, że Starowiczowie mogli wcześniej umawiać się ze sprawcą na wycinkę. Gdy złapano go na gorącym uczynku podczas próby wywozu drewna, nie dokonano zatrzymania ani nie zabezpieczono drewna. Dzielnicowy poradził Grzegorzowi, by „dogadał się” ze sprawcą. Starowiczowie odmówili. Sprawca zaproponował kupno drewna po zaniżonej cenie – 300-500 zł za metr sześcienny, choć, jak sprawdziła Elżbieta, jego wartość sięgała 800 zł.

Na żądanie wyższej kwoty, by pokryć straty, mężczyzna odparł, że woli kupić taniej w lasach państwowych

– wspomina Elżbieta. W rozmowie śmiał się w twarz małżeństwu, co było dla niej upokorzeniem.

Prokuratura w Rykach umorzyła postępowanie, uznając, że sprawca „pomylił się”, a jego działania… nie noszą znamion czynu zabronionego.

Uzasadnienie szokuje: mężczyzna działał w dzień, co miało świadczyć o jawności. Starowiczowie, wydając oszczędności na prawnika, złożyli zażalenie. Sprawa wróciła do sądu w Rykach, ale sędzia podtrzymał decyzję prokuratury, akceptując tłumaczenie o „pomyłce”.

Ta, jak podkreśla Elżbieta, była niemożliwa:

Działka była pierwszą przy dukcie leśnym, wyraźnie oznaczona

Kolejne odwołanie, rozpatrzone w lutym 2025 roku, zakończyło się fiaskiem.

Na domiar złego Starowiczowie otrzymali rachunek – 15 tysięcy złotych kosztów sądowych.

Jak to możliwe, że ktoś niszczy nasz majątek, śmieje nam się w twarz, a my płacimy?

– pyta Elżbieta, z trudem powstrzymując łzy.

Prawo, które zawiodło

Polskie prawo dotyczące wycinki drzew jest rygorystyczne – wymaga zgłoszenia do nadleśnictwa, asygnaty i oznakowania drzew. Starowiczowie przestrzegali tych zasad, uzyskując pozwolenia nawet na drobne wycinki na opał.

Tymczasem sprawca, działając bez formalności, nie poniósł konsekwencji.

Słaba egzekucja przepisów dotyczących nielegalnej wycinki na prywatnych gruntach, brak nadzoru nad lasami prywatnymi i niedostateczne zabezpieczanie dowodów pozwalają sprawcom unikać kar. Prokuratura często umarza takie sprawy, uznając brak zamiaru przestępczego, gdy sprawca tłumaczy się „pomyłką”. To, w połączeniu z opieszałością organów ścigania, zostawia właścicieli ziemi bez ochrony.

Utracona ojcowizna, podupadłe zdrowie

Skutki są druzgocące. Las, który miał zapewnić Starowiczom spokojną starość, zniknął. 15 tysięcy złotych kosztów sądowych i 20 tysięcy wydane na adwokata pogrążyły ich finansowo. Zdrowie Grzegorza, po operacji płuca i z chorym sercem, podupadło pod wpływem stresu. Elżbieta czuje bezradność i upokorzenie. Ich ziemia była historią rodziny, trudem przodków, marzeniem o bezpiecznej przyszłości. Teraz została gorycz i wspomnienia.

Historia Starowiczów to krzyk rozpaczy i wezwanie do działania. Prawo, które wymaga od uczciwych ludzi rygorystycznych procedur, okazuje się bezradne wobec tych, którzy działają bezprawnie.

Chcemy ostrzec innych: nie bądźcie naiwni, pilnujcie swojego majątku, bo system was nie obroni

– mówi małżeństwo.

Walka o sprawiedliwość kosztowała ich 35 tysięcy złotych, zdrowie i wiarę w państwo. Apelują o zmiany w prawie, by luki, które pozwalają sprawcom unikać kar, zostały zlikwidowane.

Co dalej z Elżbietą i Grzegorzem? Las nie odrośnie, zdrowie Grzegorza nie wróci, a długi sądowe przypominają o niesprawiedliwości. Ich głos, choć cichy, niesie się daleko, rzucając światło na system, który zawodzi najsłabszych.

Masz temat, o którym powinniśmy napisać? Skontaktuj się z nami!
Opisujemy ciekawe sprawy nadsyłane przez naszych czytelników. Napisz do nas, opisz dokładnie fakty i prześlij wraz z ewentualnymi załącznikami na adres: redakcja@pkb24.pl.
REKLAMA
REKLAMA