Drugi próg podatkowy na poziomie 140 tys. zł. Wiceminister finansów podał konkretną kwotę
Podniesienie drugiego progu podatkowego z obecnych 120 tys. zł do 140 tys. zł oznaczałoby ubytek w dochodach budżetu państwa rzędu niecałych 12 mld zł rocznie. Taką kwotę podał w Sejmie wiceminister finansów Jarosław Neneman, przyznając jednocześnie, że resort nie prowadzi obecnie żadnych prac w tym kierunku.
Wypowiedź wiceministra padła podczas czwartkowego posiedzenia Sejmu i jest jedną z niewielu oficjalnych wycen tego pomysłu, który od dłuższego czasu krąży w debacie publicznej. Drugi próg podatkowy – czyli stawka 32 proc. PIT – obowiązuje dziś od dochodów przekraczających 120 tys. zł rocznie. Podniesienie tej granicy do 140 tys. zł oznaczałoby, że przez kolejne 20 tys. zł dochodu podatnicy płaciliby niższy podatek według stawki 12 proc. zamiast 32 proc.
Matematyka jest prosta: różnica między stawkami wynosi 20 punktów procentowych, a rozszerzenie przedziału o 20 tys. zł dawałoby maksymalną ulgę rzędu 4 tys. zł rocznie na osobę – ale tylko dla tych, którzy próg faktycznie przekraczają. Przy kilku milionach podatników w tej grupie łączny koszt dla budżetu szybko rośnie do kwot, które Neneman potwierdził oficjalnie.
Kto by skorzystał – i to jest sedno sporu
Wiceminister Neneman wprost wskazał, że na zmianie skorzystaliby przede wszystkim najbogatsi podatnicy. To argument, który pojawia się za każdym razem, gdy temat wraca do dyskusji. Logika jest tu jednak dwustronna. Z jednej strony faktycznie – ulga jest tym większa, im wyższe dochody, bo dotyczy każdego złotego powyżej obecnego progu. Z drugiej – osoby z dochodami rzędu 130-140 tys. zł rocznie to często pracownicy etatowi, specjaliści, inżynierowie czy lekarze, niekoniecznie zamożni w potocznym rozumieniu tego słowa.
Konfederacja Wolność i Niepodległość od lat wskazuje na ten problem jako jeden z kluczowych. W programie gospodarczym partii podniesienie progu podatkowego – a docelowo jego całkowita likwidacja na rzecz podatku liniowego lub radykalnego uproszczenia systemu – pojawia się jako priorytet. Argumentacja jest liberalna: wysokie krańcowe stawki opodatkowania zniechęcają do zwiększania produktywności, sprzyjają optymalizacji podatkowej i wypchnięciu dochodów do szarej strefy lub do spółek. Niecałe 12 mld zł kosztu dla budżetu Konfederacja zestawiałaby zapewne z potencjalnymi zyskami wynikającymi ze zwiększonej aktywności zawodowej i mniejszej presji na emigrację zarobkową specjalistów.
Kontekst: gdzie jesteśmy z PIT po poprzednich zmianach
Warto przypomnieć, że system PIT w Polsce przeszedł istotne zmiany w ramach Polskiego Ładu wdrożonego w 2022 roku. Kwota wolna od podatku wzrosła wtedy do 30 tys. zł, a próg podatkowy – właśnie do 120 tys. zł. Stawka dla pierwszego przedziału spadła z 17 do 12 proc. Te zmiany kosztowały budżet znacznie więcej niż proponowana teraz korekta progu, ale weszły w życie przy znacznie większym politycznym zaangażowaniu ówczesnego rządu.
Od tamtej pory próg nie był waloryzowany – mimo że inflacja w latach 2022-2025 była wyjątkowo wysoka. Oznacza to, że w ujęciu realnym próg podatkowy faktycznie obniżył się: te same 120 tys. zł nominalnie to dziś wyraźnie mniej siły nabywczej niż cztery lata temu. Część ekonomistów wskazuje, że sama waloryzacja progu do poziomu uwzględniającego inflację powinna być traktowana nie jako ulga, ale jako utrzymanie status quo.
Ministerstwo Finansów nie ma w tej chwili gotowego projektu zmian – Neneman był w tej kwestii jednoznaczny. Prace nie są prowadzone. To oznacza, że ewentualna zmiana nie wejdzie w życie szybko, nawet jeśli pojawi się wola polityczna. Legislacja podatkowa wymaga czasu, a zmiany w PIT obowiązują od początku roku kalendarzowego, co narzuca konkretny harmonogram.
12 miliardów – dużo czy mało?
Kwota niecałych 12 mld zł brzmi poważnie, ale warto ją osadzić w skali. Dochody budżetu państwa z tytułu PIT sięgają rocznie ponad 100 mld zł – zmiana progu uszczupliłaby je o mniej więcej jedną dziesiątą tych wpływów. Dla porównania: sam koszt 500+ (a potem 800+) to kwoty wielokrotnie wyższe. Tarcze antyinflacyjne z lat 2022-2023 kosztowały dziesiątki miliardów złotych. W tym kontekście 12 mld zł to kwota znacząca, ale nie bezprecedensowa jako koszt zmiany podatkowej.
Pytanie, które zawsze pojawia się przy takich debatach, to kwestia finansowania: czy ewentualny ubytek dochodów miałby być pokryty cięciami wydatków, wzrostem długu, czy może założeniem, że wyższa aktywność gospodarcza częściowo go skompensuje. Żadna z tych odpowiedzi nie jest prosta politycznie. Na razie jednak cała dyskusja pozostaje teoretyczna – rząd nie zamierza ruszać drugiego progu, a 12 mld zł to na dziś liczba w szufladzie, nie w projekcie ustawy.









