Chińska manipulacja algorytmami. Co naprawdę mówi raport NASK o TikToku — a czego nie sprawdził
Raport NASK „Manipulacja algorytmami: Chiny w oczach polskich użytkowników platformy TikTok”, zaprezentowany na konferencji prasowej w PAP, ma wszystko, czego potrzebują nagłówki w 2026 roku: Chiny, dezinformację, algorytmy i młodzież. Fala omówień jest kwestią dni i łatwo przewidzieć ich ton. Po przeczytaniu raportu mam problem. Nie z tematem, bo ten jest poważny. Z tym, co się dzieje między tytułem a wnioskami.
Zacznijmy od tego, co badacze NASK faktycznie zrobili. Założyli sześć nowych kont na TikToku – wszystkie zarejestrowane w Polsce, wszystkie z metryką do 25. roku życia i przez trzy miesiące, od lipca do października 2025 roku, dwa razy w tygodniu wpisywali w wyszukiwarkę sześć haseł: Sinciang, Tybet, masakra na placu Tiananmen, Tajwan, prawa człowieka w Chinach i obozy reedukacyjne w Chinach. Notowali po dwadzieścia pierwszych wyników. Zebrało się 9,6 tysiąca filmów, które ręcznie zaklasyfikowano jako prochińskie, krytyczne, neutralne, antychińskie albo niezwiązane z tematem.
To nie jest metoda wyssana z palca — podobne „audyty algorytmu” robiły Amnesty International i zespół z Princeton i Rutgers, na którym NASK wprost się wzoruje. Platformy nie udostępniają danych, więc badacze udają użytkownika i patrzą, co im wjedzie. Tyle że od metody, którą się inspirujesz, wypada przejąć również rygor. A z tym jest gorzej.
Co się w raporcie broni
Są ustalenia, które robią wrażenie. Badacze namierzyli konkretne kanały propagandowe, w tym polskojęzyczny profil prowadzony, jak podają w przypisie, przez pracownika China Media Group, konglomeratu podległego bezpośrednio Wydziałowi Propagandy KC KPCh. Opisali powtarzalny szablon „spontanicznych” filmów: zachodni influencer „przypadkiem” spotyka Ujgurów, którzy opowiadają mu, jak dobrze im się żyje pod chińskimi rządami. To są rzeczy sprawdzalne i zbieżne z ustaleniami niezależnych ośrodków od Australii po Tajwan. Gdyby raport nazywał się „Chińska propaganda na TikToku: kto ją produkuje i jak wygląda”, nie byłoby się do czego doczepić.
Gdzie się sypie
Problem w tym, że nazywa się „Manipulacja algorytmami” — a na pytanie o algorytm te dane odpowiedzieć nie potrafią. Autorzy zresztą o tym wiedzą, bo we wnioskach piszą już ostrożnie: „istnieją uzasadnione podstawy, by sądzić”, że algorytm „może podlegać manipulacji”, a na końcu wprost przyznają, że „nie da się jednoznacznie odpowiedzieć”, czy wyniki to sprawka algorytmu, czy po prostu dużej liczby kanałów propagandowych na platformie. To zdanie powinno trafić do tytułu. Nie trafiło.
Dziura numer jeden: brak punktu odniesienia. Badanie sprawdziło jedną platformę. Żeby twierdzić, że TikTok coś „tłumi” albo „faworyzuje”, trzeba wiedzieć, co na te same hasła pokazuje konkurencja. Autorzy sami zalecają takie porównanie „w dalszych badaniach”. Czyli: nagłówki o manipulacji są dziś, grupa kontrolna będzie kiedyś.
Zrobiłem więc coś, czego w raporcie zabrakło — test, na jaki pozwala każdy telefon. Wpisałem te same hasła w wyszukiwarkę Instagrama, platformy należącej do amerykańskiej Mety. Zastrzegam: to próba na prywatnym koncie, ilustracja, nie badanie. Ale wyniki są wymowne.

Po haśle „Tybet” Instagram pokazał mi głównie turystykę: mnichów, świątynie, kolej tybetańską i górskie pejzaże — łącznie z takim, który wygląda na wygenerowany przez sztuczną inteligencję, czyli dokładnie to zjawisko, które NASK z niepokojem opisuje na TikToku. Najpopularniejszym wynikiem, z 2,7 miliona wyświetleń, był turysta pozujący pod skalną bramą Tianmen w prowincji Hunan — ponad tysiąc kilometrów od Tybetu. Po haśle „Tajwan”: przewodniki, uliczki Tajpej, materiał „Tajwan — jak stał się bogaty?”. Żadnej polityki, żadnych „jednych Chin” — czyli obraz identyczny z tym, który na TikToku raport odnotował (93 procent treści neutralnych) i zinterpretował jako przejaw kontrolowania dyskusji.

Najciekawiej zrobiło się przy haśle „prawa człowieka w Chinach”. Instagram zaproponował mi: randkowanie w Chinach, „rzeczy, które wprowadzą Polaka w śpiączkę”, vlogi z chińskich ulic i książkę o pandemii w Wuhan. Ani jednego materiału o prawach człowieka. Dla porównania: na TikToku, według danych samego NASK, aż 70 procent wyników dotyczyło tematu. Gdyby zastosować metodologię raportu do Instagrama, należałoby ogłosić, że Meta zalewa Polaków treściami zastępczymi, by odwrócić uwagę od łamania praw człowieka w Chinach. Brzmi absurdalnie? To jest dokładnie ten sam skrót wnioskowy.

Wyjaśnienie nudniejsze od spisku brzmi: gdy po polsku istnieje garstka krótkich filmów na niszowy temat, silnik rekomendacji — każdy, nie tylko chiński — dopycha wyniki tym, co przykuwa uwagę. Raport interpretuje zalew treści niezwiązanych jako „narzędzie aparatu propagandowego Pekinu”. Mój pięciominutowy test sugeruje, że to po prostu sposób działania platform rozrywkowych.
Dziura numer dwa: wszystkie sześć kont to jedna persona — Polak przed dwudziestym piątym rokiem życia, na komputerze, bez interakcji. Nie wiemy, czy czterdziestolatek zobaczyłby coś innego. Pikanteria: sam raport cytuje dane, według których TikTok ma w Polsce 11,4 miliona użytkowników powyżej 18. roku życia, ponad jedną trzecią dorosłych. Obraz TikToka jako aplikacji nastolatków jest po prostu nieaktualny. Badanie prowadzono przy tym w przeglądarce na komputerze — podczas gdy TikTok to w praktyce aplikacja mobilna.
Na konferencji ten wybór tłumaczono tym, że z TikToka korzystają głównie młodzi. Tyle że to rozumowanie jest okrężne: skoro badamy wyłącznie konta dwudziestolatków, to z definicji dowiemy się tylko tego, co platforma pokazuje dwudziestolatkom. Algorytm profiluje treści między innymi po wieku i zachowaniu konta, więc wyniki jednej grupy nie mówią nic o pozostałych. „Polscy użytkownicy TikToka” z tytułu raportu to w praktyce „Polacy przed dwudziestym piątym rokiem życia, na komputerze, którzy niczego nie lajkują”. To znacznie węższa populacja, niż sugerują nagłówki.
Jest i drugi kłopot: jeśli martwimy się podatnością na manipulację, koncentrowanie się na najmłodszych jest wyborem najwygodniejszym, a nie najtrafniejszym. Badania nad rozprzestrzenianiem fałszywych treści od lat wskazują, że najchętniej podają je dalej użytkownicy najstarsi — w głośnym amerykańskim badaniu z 2019 roku osoby po 65. roku życia udostępniały fake newsy kilkukrotnie częściej niż dwudziestolatki. Tymczasem rosnąca grupa polskich użytkowników TikToka po czterdziestce w badaniu nie istnieje w ogóle. Narracja „chrońmy młodzież” dobrze brzmi na konferencji prasowej, ale jako projekt badawczy zostawia poza kadrem tych, o których wypadałoby martwić się najbardziej.
Dziura numer trzy: nastrój filmów oceniano ręcznie i nigdzie nie ma słowa o tym, czy niezależni koderzy dochodzili do zbieżnych ocen. Granicę między „krytycznym” a „antychińskim”, między „neutralnym” a „subtelnie prochińskim” filmem z wakacji, rozstrzygał uznaniowy osąd.
Chiny działają subtelniej niż myślimy
Ciekawe jest to, czego z raportu nie zacytują entuzjaści tezy o praniu mózgów. Po wpisaniu „masakra na placu Tiananmen” — tematu w Chinach objętego totalną cenzurą — polski użytkownik TikToka dostaje w 77 procentach treści krytyczne wobec Pekinu. Przy „obozach reedukacyjnych” wśród filmów na temat krytyczne stanowią 94 procent. Gdyby ByteDance sterował wyszukiwarką tak, jak sugeruje tytuł raportu, to właśnie przy tych hasłach byłoby to widać najmocniej.
Z danych NASK wyłania się obraz subtelniejszy niż nagłówki: TikTok nie tyle cenzuruje krytykę Chin, ile jest zalewany profesjonalnie wyprodukowanym chińskim contentem promocyjnym tam, gdzie Pekin inwestuje w soft power — turystyka, „rozwój regionów”, uśmiechnięci influencerzy. To jest realny, udokumentowany problem i działanie w białych rękawiczkach. Ale to problem podaży propagandy, nie manipulacji algorytmem — i wymaga innych odpowiedzi: oznaczania mediów państwowych (czego TikTok, w przeciwieństwie do Facebooka, nie robi — to celny zarzut raportu), a nie opowieści o pokrętle cenzury w Pekinie.
Efekt wilka
Dlaczego się czepiam, skoro kierunek słuszny? Bo widziałem, co się dzieje z pojęciami, które nadużywane tracą na znaczeniu. Przez lata „ruską agenturą” tłumaczono wszystko, co się komu nie podobało — i gdy pojawiały się operacje wpływu z prawdziwego zdarzenia, publiczność już ziewała. Z „chińską manipulacją algorytmami” będzie identycznie. Po tym raporcie przetoczy się fala tekstów pod hasła: dezinformacja, Chiny, TikTok. A kiedy ktoś faktycznie udokumentuje ingerencję w algorytm — czego wykluczyć nie można, bo ByteDance podlega chińskiemu prawu i to jest fakt, nie teza — odbiorcy powiedzą: „znowu to samo”.
Instytucja państwowa badająca dezinformację ma jeden kapitał: wiarygodność metodologiczną. Od każdego kolejnego badania, mówiącego o „manipulacji algorytmem”, warto wymagać trzech rzeczy: porównania z inną platformą, zróżnicowanych person i tytułu, który nie obiecuje więcej niż wnioski. To nie jest wygórowany standard. To minimum, żeby za pięć lat ktokolwiek traktował takie raporty poważnie — także wtedy, gdy będą miały rację.
Aktualizacja (22.07): Po publikacji tego tekstu biuro prasowe TikToka przesłało nam oficjalne stanowisko: „TikTok jest platformą oferującą szeroki wachlarz treści i twórców do odkrycia, a jego system rekomendacji został zaprojektowany tak, aby odzwierciedlał preferencje użytkowników i zapewniał spersonalizowane wrażenia. Przegląd wymienionych w raporcie tematów ukazuje obecność szerokiej gamy treści i perspektyw na platformie, w tym opinii krytycznych. TikTok nie zezwala żadnemu rządowi na wywieranie wpływu na swój model rekomendacji ani na jego modyfikowanie” — przekazał rzecznik platformy. Zadaliśmy TikTokowi dodatkowe pytania, m.in. o działanie rankingu wyszukiwania (raport badał wyszukiwarkę, nie feed „Dla Ciebie”) oraz o oznaczanie kanałów mediów państwowych — do tematu wrócimy.









