Chcą wrócić na wieś, ale prawo nie pozwala im budować. Prognozy demograficzne stały się pułapką
Współczynnik dzietności w Polsce spadł w 2025 roku do 1,068 — wobec 1,991 jeszcze w 1990 roku — wynika z danych GUS przytaczanych przez agencję Newseria. Ubytek ludności dotyka także wsi, gdzie mieszka ok. 41 proc. Polaków: mimo dodatniego salda migracji (ponad 36,1 tys. osób w 2025 r.) liczba zgonów przewyższyła tam liczbę urodzeń o 56 tys. Eksperci ostrzegają, że sytuację może pogarszać nowy mechanizm planistyczny — bilans chłonności w planach ogólnych gmin, który w wyludniających się gminach paradoksalnie ogranicza tereny pod zabudowę i utrudnia młodym powrót na ojcowiznę.
Debata o miastach, problemy na wsi
Jak wynika z raportu Klubu Jagiellońskiego „Wieś zniknie z planu? Jak deregulować przepisy, by Polacy wracali na obszary wiejskie”, w 10 największych miastach mieszka 17 proc. populacji kraju, a na obszarach wiejskich — 41 proc. Tymczasem debata demograficzna omija wiejską specyfikę.
W Polsce dostrzegamy bardzo duży problem z demografią wsi. Debata jest mocno skoncentrowana na miastach, na przykład kwestiach chęci robienia kariery czy trudnościach ze znalezieniem odpowiedniego partnera przez kobiety, co często dotyczy głównie tych z wyższym wykształceniem. Natomiast wieś ma zupełnie inne problemy. Jedna z istotnych trudności dotyczy osiedlania się, budowania własnego domu
— mówi agencji Newseria Mateusz Łakomy, ekspert ds. polityki demograficznej, dyrektor programu Demograficon w Polskim Towarzystwie Gospodarczym.
Według danych GUS z raportu „Ludność. Stan i struktura oraz ruch naturalny w przekroju terytorialnym w 2025 roku” ponad 404,3 tys. osób (o 26 tys. mniej niż rok wcześniej) zmieniło miejsce stałego zamieszkania, przeprowadzając się do innej gminy albo między wsią a miastem. Wieś na tych ruchach zyskuje — ale przewaga zgonów nad urodzeniami z nawiązką niweluje napływ.
Bilans chłonności, czyli prognoza jako samospełniające się proroctwo
Autorzy raportu wskazują na kontekst planów ogólnych gmin — nowego instrumentu wprowadzonego w ramach reformy planistycznej, który zastępuje dotychczasowe studia uwarunkowań. Kluczowym mechanizmem planu ogólnego jest bilans chłonności: gmina wyznacza strefy zabudowy mieszkaniowej tak, by chłonność terenów niezabudowanych mieściła się w przedziale 70–130 proc. zapotrzebowania na nową zabudowę. Zapotrzebowanie wylicza się według ujednoliconego dla całego kraju wzoru, w horyzoncie 20 lat, na podstawie prognozy demograficznej opartej na danych GUS.
Okazuje się, że najbardziej wyludniające się gminy mają najbardziej pesymistyczne prognozy. W związku z tym są trochę związane, przynajmniej niektóre, żeby przeznaczać teren pod zabudowę mieszkaniową, również tak zwaną siedliskową, obejmującą nie tylko dom mieszkalny, ale całe gospodarstwo związane z miejscem zamieszkania. To paradoksalnie może w niektórych przypadkach utrudniać powrót młodych, wykształconych rolników, dziedziców ziemi
— wyjaśnia Łakomy.
Raport oddaje przy tym intencję ustawodawcy: nowa regulacja ma hamować niekontrolowane rozlewanie się zabudowy, co — jak przyznają eksperci Klubu — ma sens na obszarach aglomeracyjnych, gdzie suburbanizacja niesie negatywne skutki społeczne. Problem w tym, że przepisy nie uwzględniają specyfiki wyludniających się terenów wiejskich: strefa otwarta, do której trafiają m.in. grunty rolne, w podstawowym profilu nie przewiduje ani zabudowy mieszkaniowej, ani związanej z produkcją rolną. Efektem może być zablokowanie części inwestycji i ograniczenie możliwości rozwoju wsi.
Trudności polegają na tym, że osoby, które nie dziedziczą wprost tego siedliska, dzięki bilansom chłonności mają ograniczone możliwości zamieszkania w innych miejscach poza wyznaczonymi strefami mieszkaniowymi, które często nie są tymi przylegającymi do domu rodziców. Problemem jest rozbudowanie danego obszaru zamieszkania czy siedliska. To jest zupełnie oczywiste, że kiedy wracamy, chcemy mieszkać blisko rodziców. To też sprzyja dzietności, bo mama czy teściowa mogą pomóc w opiece nad dziećmi
— podkreśla ekspert.
Ta sama miara dla obwarzanka Warszawy i gminy 100 km dalej
Zdaniem autorów raportu wadą nowych przepisów jest jednakowe traktowanie skrajnie różnych gmin: mechanizmy działają tak samo w gminie graniczącej z Warszawą, która broni się przed napływem mieszkańców, jak i w gminie oddalonej o 100 km, która walczy o przetrwanie.
O demografii powinniśmy zupełnie inaczej myśleć przestrzennie, w zależności od tego, czy mówimy o dużym mieście, obwarzankach, czy o tzw. peryferiach, czyli terenach oddalonych od dużych miast. Wsie oddalone od dużych miast mają zupełnie inne potrzeby, walczą o to, żeby była tam możliwość powrotu, zatrzymania osób, które chciałyby wyjechać, ale atrakcyjność tego miejsca zamieszkania jest niewystarczająca. Młode osoby, które pozostaną albo które wykształciły się w mieście i powrócą, są zupełnie innym kapitałem ludzkim. Te osoby są wykształcone, przedsiębiorcze, mają znajomych, czyli są czynnikiem potencjalnie przyciągającym biznes i bardziej zaawansowane usługi niż te, które są lokalnie dostępne
— uważa Łakomy. Jak dodaje, w przeciwnym razie niektóre wsie zaczną szybciej znikać z mapy Polski lub zostaną zamieszkane wyłącznie przez osoby starsze — a wtedy z perspektywy samorządów będą głównie centrum kosztów, nie dochodów.
Większość gmin wciąż bez planu
Termin uchwalenia planów ogólnych minął 31 sierpnia 2026 roku. Jak poinformował w Sejmie podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju i Technologii Tomasz Lewandowski, według dzienników urzędowych województw zrobiło to dotąd 946 gmin, czyli 38 proc. ogółu — choć po uwzględnieniu wniosków z 31 sierpnia liczba ta może wzrosnąć do 1,1–1,2 tys. Większość pozostałych gmin jest na zaawansowanym etapie prac, a tylko niecałe 4 proc. w ogóle ich nie rozpoczęło.
Ten kalendarz to zarazem ostatnia szansa na korektę. Skoro dwie trzecie gmin dopiero domyka plany ogólne, wnioski z raportu Klubu Jagiellońskiego trafiają w moment, w którym błąd systemowy można jeszcze naprawić — zanim pesymistyczne prognozy demograficzne zostaną na 20 lat zabetonowane w dokumentach planistycznych jako samospełniające się proroctwo. Sprawa wykracza poza urbanistykę: jak pisaliśmy przy okazji prezentowanego w Karpaczu raportu SGH, ponad połowa „doganiania” Zachodu przez nasz region to statystyczny efekt kurczenia się populacji. Państwo, które chce odwrócić ten trend, nie może jedną miarą traktować gminy broniącej się przed suburbanizacją i wsi walczącej o każdego młodego mieszkańca — zwłaszcza takiego, który chce wrócić, zbudować dom przy ojcowiźnie i wychować dzieci blisko dziadków.
Źródło: Newseria
Oznaczenia i źródła spoza materiału:
- [DO WERYFIKACJI] — brak oznaczeń. Jedna uwaga: materiał nie podaje daty wystąpienia wiceministra Lewandowskiego w Sejmie („niedawno”) — jeśli chcesz, mogę ją ustalić i doprecyzować.
- [SPRZECZNOŚĆ ŹRÓDEŁ] — brak.
- Źródła spoza wklejonego materiału — nie korzystałem; odwołanie do raportu SGH w puencie odsyła do naszej własnej relacji z Karpacza (do podlinkowania w WordPressie).
Czekam na uwagi — po akceptacji podam finalną wersję w jednym bloku.









