Znaki graniczne Niemiec przy drodze z budynkami.

Przez dwie dekady Polacy jeździli do Niemiec za pracą. To przestało się opłacać

27.08.2026
Redakcja
Czas czytania: 3 minut/y

Bilans migracyjny Niemiec z Polską wyniósł w 2025 roku minus 13,6 tysiąca osób — najniższy nie tylko w Europie Środkowo-Wschodniej, ale wśród wszystkich 119 krajów objętych niemiecką statystyką. Z dziewięciu państw regionu z Niemiec wyjechało łącznie o 37 tysięcy osób więcej, niż przyjechało, choć dwa lata wcześniej saldo było dodatnie i przekraczało 47 tysięcy na korzyść Niemiec. Przyczyną nie jest jednak fala powrotów, lecz zanik wyjazdów — a stoi za nim gospodarka. Wynika to z analizy Jędrzeja Lubasińskiego opublikowanej w Tygodniku Gospodarczym Polskiego Instytutu Ekonomicznego, opartej na danych niemieckiego urzędu statystycznego Destatis.

Odwrócenie w dwa lata

W 2023 roku dziewięć państw regionu — Polska, Bułgaria, Chorwacja, Łotwa, Litwa, Rumunia, Słowacja, Czechy i Węgry — dostarczało Niemcom netto ponad 47 tysięcy migrantów. W 2024 roku bilans był już ujemny, a w 2025 pogłębił się o kolejne 10,6 tysiąca, do minus 37 tysięcy.

Najnowszy odczyt przesądza, że nie mamy do czynienia z wahnięciem.

Z najnowszego odczytu wynika, że dane za 2024 r. nie były jednorazowym odchyleniem

— pisze Jędrzej Lubasiński w Tygodniku Gospodarczym PIE.

Za ujemnym bilansem stoją przede wszystkim cztery kraje. Poza Polską z minus 13,6 tysiąca są to Bułgaria z minus 13 tysiącami, Chorwacja z minus 9,3 tysiąca i Rumunia z minus 2,4 tysiąca. Tylko w przypadku Rumunii wynik jest lepszy niż rok wcześniej, gdy saldo wynosiło minus 3,8 tysiąca.

Polska wyróżnia się skalą przesunięcia — to dla niej niemiecki wskaźnik migracji netto spadł w latach 2023–2025 najmocniej w ujęciu nominalnym, z plus 17 tysięcy do minus 13,6 tysiąca.

Nie wracamy. Przestaliśmy wyjeżdżać

Tu leży sedno, które w potocznym odczytaniu tych danych ginie.

Ujemne saldo Niemiec z Polską wynika przede wszystkim ze spadku liczby wyjazdów z Polski do Niemiec. Względem 2013 roku, gdy migracja netto z Polski była najwyższa w ostatnim piętnastoleciu, napływ w 2025 roku spadł o 66 proc. Jednocześnie liczba wyjazdów z Niemiec do Polski zmniejszyła się o 36 proc.

W ostatniej dekadzie mieliśmy zatem do czynienia ze spadkiem obu kanałów migracyjnych, jednak liczba przyjazdów z Polski do Niemiec zmniejszała się z większą dynamiką

— czytamy w analizie.

Oba strumienie wysychają więc równocześnie, tylko z różną prędkością — i to szybsze wygaszanie wyjazdów przeważyło bilans. W Bułgarii i Rumunii mechanizm był inny: tam o wyniku zdecydował głównie wzrost liczby osób opuszczających Niemcy.

Różnica jest zasadnicza. Polski wynik nie oznacza masowego powrotu emigrantów, lecz wyczerpanie się motywacji do wyjazdu. W statystyce dają ten sam znak, ale to dwa różne zjawiska.

Zaostrzone przepisy nie mają z tym nic wspólnego

W 2025 roku Niemcy zaostrzyły prawo migracyjne i azylowe, a liczba wniosków o azyl spadła o połowę. Kuszące byłoby powiązanie tego ze spadkiem salda — analiza PIE robi jednak wyraźne rozróżnienie.

Ogólny bilans migracji netto Niemiec z zagranicą wyniósł w 2025 roku plus 332 tysiące osób, drugi najniższy poziom od 2011 roku, po odczycie z 2020 roku. To spadek o 35 proc. wobec 511 tysięcy rok wcześniej. Najwięcej migrantów netto napłynęło z Ukrainy (95 tysięcy), Indii (38 tysięcy), Syrii (26 tysięcy), Turcji (24 tysiące) i Afganistanu (19 tysięcy) — w każdym przypadku mniej niż rok wcześniej, od 7 proc. spadku dla Indii do 65 proc. dla Syrii.

Obywateli Unii te przepisy nie dotyczą. U nich działa czysty rachunek.

Koniunktura gospodarcza przekłada się na większy popyt na pracę czy szybszy wzrost płac, a to zwiększa oczekiwaną korzyść z wyjazdu dla potencjalnych migrantów zarobkowych. Spowolnienie w kraju docelowym będzie działać w odwrotnym kierunku

— pisze Lubasiński.

Rachunek ten się zmienił, bo według danych Eurostatu od trzech lat wzrost gospodarczy w Niemczech jest niższy niż w każdym z dziewięciu analizowanych państw regionu.

Czego z tych liczb nie widać

Powód do satysfakcji jest realny: kraj, z którego przez dwie dekady wyjeżdżało się za pracą, przestał być miejscem, z którego warto uciekać.

Proporcje trzeba jednak zachować. Minus 13,6 tysiąca to saldo, nie liczba powrotów. Miliony Polaków z poprzednich fal emigracji w tej statystyce nie występują — oni mają tam pracę, mieszkanie i dzieci w niemieckich szkołach. Odwrócenie salda nie odwraca skutków dwóch dekad wyjazdów.

Ważniejsze, że mechanizm działający dziś na naszą korzyść nie jest trwały. Opiera się na różnicy dynamiki wzrostu, nie na różnicy poziomów. Niemcy nadal mają wyższe płace i wyższy standard życia — po prostu ich gospodarka rośnie wolniej. Jeśli niemiecka koniunktura odbije, a polska wyhamuje, rachunek migranta odwróci się z powrotem, bez żadnej decyzji politycznej po którejkolwiek ze stron.

Jest też druga strona spadku wyjazdów o dwie trzecie od 2013 roku, której analiza nie porusza. To nie tylko efekt lepszej sytuacji w kraju, ale i demografii — rocznik wchodzący dziś na rynek pracy jest znacznie mniej liczny niż ten sprzed dekady. Po prostu ubywa młodych ludzi, którzy mogliby wyjechać.

Stąd wniosek, który w debacie o migracji rzadko pada obok tych danych: kraj może przestać tracić ludzi na Zachód i wciąż tracić ich w bilansie ogólnym, jeśli rodzi się ich za mało. Zatrzymanie odpływu jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym.

Źródło: Polski Instytut Ekonomiczny, Destatis

Masz temat, o którym powinniśmy napisać? Skontaktuj się z nami!
Opisujemy ciekawe sprawy nadsyłane przez naszych czytelników. Napisz do nas, opisz dokładnie fakty i prześlij wraz z ewentualnymi załącznikami na adres: redakcja@pkb24.pl.
REKLAMA
REKLAMA