Faktura zamiast człowieka. Fikcyjne samozatrudnienie to kłamstwo, na którym stoi polski rynek pracy
Co najmniej 160 tysięcy osób prowadzi w Polsce jednoosobową działalność gospodarczą, która przedsiębiorczością jest wyłącznie na papierze — tak skalę fikcyjnego samozatrudnienia szacuje Ministerstwo Finansów w dokumencie przesłanym Komisji Europejskiej. Według Instytutu Badań Strukturalnych wśród ponad trzech milionów polskich JDG co najmniej co dziesiąta obsługuje jednego kontrahenta, pracując w jego siedzibie, w wyznaczonych godzinach, na jego sprzęcie i według jego ścisłych wytycznych. Od 8 lipca inspektorzy PIP mogą takie kontrakty przekształcać w etaty decyzją administracyjną. Ale zanim zrobią to urzędnicy i algorytmy, warto zapytać, co ta plaga mówi o nas samych — o tym, jak traktujemy pracę i człowieka, który ją wykonuje.
Człowiek jako pozycja kosztowa
Zacznijmy od rzeczy podstawowej, która w debacie o „optymalizacji” gdzieś umyka. Praca nie jest towarem jak każdy inny, bo nie da się jej oddzielić od osoby, która ją świadczy. Można kupić usługę, ale w pakiecie zawsze przychodzi człowiek — z kręgosłupem, który się zużywa, z dzieckiem, które choruje, z planami na życie, które wymagają jakiejś przewidywalności jutra. Umowa o pracę, ze wszystkimi jej kosztami i sztywnościami, jest cywilizacyjnym uznaniem tego faktu. Urlop, zwolnienie chorobowe, okres wypowiedzenia, ochrona rodzicielstwa — to nie „przywileje” ani „obciążenia pozapłacowe”, lecz instytucjonalna pamięć o tym, że po drugiej stronie faktury stoi osoba, a nie zasób.
Fikcyjne B2B jest operacją odwrotną: to prawne przebranie, dzięki któremu człowieka można księgować jak toner do drukarki. Ta sama praca, to samo biurko, ten sam przełożony wydający polecenia — tylko odpowiedzialność pracodawcy wyparowała. Ryzyko choroby? Problem „przedsiębiorcy”. Przestój? Nie nasz kłopot, po prostu nie zamówimy usługi. Macierzyństwo? Proszę zawiesić działalność. Formalnie dwie równorzędne firmy negocjują kontrakt; faktycznie silniejszy przerzuca na słabszego całość ryzyk, zatrzymując dla siebie całość kontroli. W żadnym uczciwym słowniku nie nazywa się tego partnerstwem.
Wolność, której nikt nie wybierał
Obrońcy modelu odpowiedzą: przecież ludzie sami tego chcą, na rękę wychodzi więcej. I rzeczywiście — dla części specjalistów, zwłaszcza w IT, kontrakt B2B bywa autentycznym wyborem: mają wielu klientów, realną autonomię, ponoszą ryzyko i budują własną markę. Tacy przedsiębiorcy zasługują na szacunek i spokój od państwa, a przepisy słusznie nie wprowadzają automatyzmu — współpraca z jednym klientem sama w sobie nie przesądza o fikcyjności.
Problem w tym, że dla ogromnej rzeszy pracujących „wybór” B2B jest wyborem w cudzysłowie. Kandydat słyszy na rozmowie: zatrudniamy tylko na fakturę. Może się zgodzić albo szukać dalej — często w branży, w której wszyscy grają tak samo. To wolność w takim sensie, w jakim wolny jest człowiek stojący pod ścianą. A wyższa kwota na koncie jest w dużej mierze iluzją księgową: „przedsiębiorca” sam finansuje sobie urlop, chorobę, przyszłą emeryturę i okresy bez zleceń — o ile w ogóle go na to stać przy stawce, którą wynegocjował ze swoim jedynym „klientem”. Rachunek wyrównuje się boleśnie przy pierwszej poważnej chorobie, pierwszym dziecku albo pierwszym kryzysie w branży. I przy emeryturze, która od minimalnych składek będzie minimalna.
Jest w tym wszystkim gorzki paradoks pokoleniowy. Ci sami trzydziestolatkowie, którym tłumaczy się, że państwa nie stać na ich etaty, słyszą równocześnie pytanie, czemu nie zakładają rodzin. Tymczasem trudno o decyzję na całe życie, gdy horyzont planowania wyznacza miesięczny okres wypowiedzenia kontraktu — bo tyle właśnie, a czasem mniej, wynosi cała „stabilność” fikcyjnego przedsiębiorcy. Kredytu hipotecznego na fakturę udziela bank; poczucia bezpieczeństwa już nie.
Jazda na gapę kosztem wszystkich
Fikcyjne samozatrudnienie bywa przedstawiane jako prywatna umowa dwóch stron, na której nikt nie traci. To nieprawda — traci wspólnota. Składki, które nie wpływają do systemu, to renty, zasiłki i emerytury wypłacane dziś z pieniędzy tych, którzy uczciwie pracują na etatach. To także nieuczciwa konkurencja: firma budująca zespół na fikcyjnych B2B ma niższe koszty niż rzetelny pracodawca z tej samej branży — i wygrywa z nim przetargi właśnie dzięki temu, że pasażerem na gapę jeździ systemem, z którego korzystają wszyscy. W dłuższej perspektywie kara spada więc nie na cwanych, lecz na uczciwych. Trudno o lepszy przepis na demoralizację całego rynku.
Uczciwość każe dodać, że winowajcą nie jest wyłącznie chciwość firm. Od średniej pensji na etacie państwo pobiera w składkach i podatkach 35 proc. kwoty, którą pracodawca przeznacza na utworzenie miejsca pracy — i choć na tle UE nie jest to dużo, bo niższe obciążenie ma tylko sześć krajów Wspólnoty, to klin między etatem a działalnością ustawodawca sam rozwarł latami przywilejów podatkowych dla JDG. System stworzony w latach 90., gdy państwo za wszelką cenę pobudzało przedsiębiorczość i dusiło bezrobocie, przetrwał dekady, choć zmieniła się cała gospodarka. Skoro prawo przez lata premiowało przebieranie etatów za firmy, nie powinno dziwić, że rynek z tej premii skorzystał na masową skalę.
Algorytm zamiast sumienia
Państwo w końcu reaguje — po części dlatego, że zobowiązało się do tego, sięgając po pieniądze z KPO. Od 8 lipca inspektor pracy może decyzją administracyjną przekształcić fikcyjne B2B w umowę o pracę, maksymalny mandat wzrósł do 60 tys. zł, a połączone dane ZUS, skarbówki i systemu e-faktur pozwalają algorytmom typować podejrzane schematy: jedna faktura miesięcznie dla jednego kontrahenta, stała kwota, brak realnych kosztów działalności, wieloletnia ciągłość. Firmy dostały roczny okres przejściowy — kto dobrowolnie przekształci wadliwe kontrakty w etaty do lipca 2027 roku, uniknie kar. Rachunek za opieszałość może być spektakularny: w analizowanym przez prawników przykładzie programisty po czterech latach na B2B zaległe składki, odsetki, ekwiwalent urlopowy i mandat składają się na kwotę rzędu 190 tys. zł.
I dobrze, że egzekucja prawa wreszcie nabiera zębów. Ale byłoby złudzeniem sądzić, że algorytm załatwi sprawę, którą przez ćwierć wieku hodowały wspólnie: ustawodawca, rynek i obyczaj. Kontrola wyłapie schematy — nie przywróci jednak kultury, w której zatrudnienie człowieka jest traktowane jako zobowiązanie, a nie koszt do zoptymalizowania. Tę zmianę musi wykonać sam rynek: firmy, które zrozumieją, że lojalny, bezpieczny zespół to aktywo, a nie balast; branżowe samorządy, które przestaną udawać, że problemu nie ma; wreszcie klienci i kontrahenci, którzy zaczną pytać, na czym stoi łańcuch dostaw usług, z których korzystają.
Test przedsiębiorcy to w gruncie rzeczy test uczciwości
Cała skomplikowana maszyneria „testu przedsiębiorcy” — pytania o autonomię, ryzyko, liczbę klientów, podporządkowanie — sprowadza się ostatecznie do jednego, bardzo starego pytania: czy nazywamy rzeczy po imieniu. Jeśli ktoś pracuje jak pracownik, powinien mieć prawa pracownika. Jeśli ktoś naprawdę prowadzi firmę, należy mu się wolność przedsiębiorcy. Całe zło zaczyna się tam, gdzie słowa przestają odpowiadać rzeczywistości — bo fikcja prawna, powtarzana sto sześćdziesiąt tysięcy razy, przestaje być sprytem, a staje się ustrojem.
Polska dorobiła się gospodarki, którą chwalą zagraniczne tygodniki: rosnącego eksportu, wydajności wyższej niż u zachodnich sąsiadów, globalnych firm. Stać nas już na to, by przestać budować tę pomyślność na udawaniu, że etat jest firmą. Prawdziwa przedsiębiorczość zasługuje na wsparcie. Prawdziwa praca — na umowę o pracę. A człowiek, w obu rolach, na to, by nikt nie traktował go jak pozycji w arkuszu kalkulacyjnym.
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Ministerstwa Finansów, IBS i OECD









