Czy Hiszpania próbuje utopić Europę? Polityka migracyjna Madrytu wygląda jak szaleństwo

30.07.2026
Redakcja
Czas czytania: 3 minut/y

Szef władz hiszpańskiej eksklawy Ceuta ostrzegł w czwartek przed „totalnym kryzysem humanitarnym i społecznym” po tym, jak w ostatnich dniach setki migrantów przedostały się na jej terytorium, przepływając wpław z sąsiedniego Maroka – łącznie przeprawę próbowało podjąć ponad 1,5 tys. osób, a ośrodki recepcyjne przekroczyły pojemność. Napór na Ceutę następuje kilka tygodni po zakończeniu przez rząd Pedra Sáncheza masowej regularyzacji pobytu około pół miliona migrantów o nieuregulowanym statusie – decyzji, która zdaniem krytyków w kraju i w Europie tworzy „efekt zachęty” i której konsekwencje, z uwagi na strefę Schengen, nie zatrzymają się na Pirenejach. Tak wynika z doniesień m.in. France 24, RMF24, Euronews i hiszpańskich mediów.

Ile jeszcze wytrzyma Ceuta?

Obecna fala różni się od znanych z poprzednich lat szturmów na graniczne ogrodzenie – migranci docierają do Ceuty przede wszystkim drogą morską, przepływając wpław odcinek dzielący eksklawę od Maroka. Według władz wśród podejmujących przeprawę są zarówno dorośli, jak i nieletni. Hiszpańska straż cywilna, ratownictwo morskie i Czerwony Krzyż wyławiają ludzi z wody i przewożą ich do miasta, którego ośrodki recepcyjne są już przepełnione – część osób nocuje przed ich wejściami. Szef władz Ceuty Juan Jesús Vivas podkreślił, że skala przepraw jest nietypowa nawet jak na okres letni, gdy pogoda sprzyja migracji morskiej, i ostrzegł przed totalnym kryzysem humanitarnym i społecznym.

To nadzwyczajna, wyjątkowa sytuacja.

— przyznał Fernando Grande-Marlaska, minister spraw wewnętrznych Hiszpanii.

Presję na eksklawę zwiększyło świeże orzecznictwo: na początku lipca hiszpański Sąd Najwyższy uznał, że migrantów przechwyconych na morzu w drodze do Ceuty lub Melilli nie można zawracać w trybie uproszczonym w ramach specjalnego reżimu granicznego eksklaw. Oznacza to, że każdy, kto zostanie wyłowiony z wody, trafia do hiszpańskiej procedury – co w oczywisty sposób zmienia kalkulację osób decydujących się na przeprawę. Marokańskie służby powstrzymują część prób jeszcze po swojej stronie, ale skala ostatnich dni pokazuje granice tej współpracy.

Szaleństwo masowej legalizacji

Kontekst obecnego kryzysu jest szerszy i sięga decyzji podjętej w Madrycie. W kwietniu rząd Sáncheza zatwierdził dekretem królewskim nadzwyczajny proces regularyzacji, umożliwiający legalizację pobytu około 500 tys. migrantów przebywających w Hiszpanii bez dokumentów. Warunki: udokumentowany pobyt w kraju sprzed 1 stycznia 2026 r. (co najmniej pięć miesięcy), niekaralność oraz wykazanie zatrudnienia lub trwałych związków z krajem. Zakwalifikowani otrzymują roczne, odnawialne zezwolenie na pobyt, a nieletni – pięcioletnie.

Skala popytu przerosła oczekiwania: tylko w pierwszym tygodniu wnioski złożyło ponad 130 tys. osób, a według think tanku Funcas w Hiszpanii bez uregulowanego statusu żyje około 840 tys. imigrantów, w większości z Ameryki Łacińskiej.

Uznajemy prawa, ale wymagamy również wypełniania obowiązków. To akt sprawiedliwości i konieczności.

— napisał w serwisie X Pedro Sánchez, premier Hiszpanii.

Rząd przedstawia regularyzację jako odpowiedź na wyzwania demograficzne i potrzeby rynku pracy – instytucje międzynarodowe szacują, że Hiszpania potrzebuje napływu nawet 250 tys. migrantów rocznie do 2050 r., by utrzymać państwo opiekuńcze. Sánchez rozwinął tę argumentację w tekście dla „The New York Timesa”, przekonując, że Zachód potrzebuje migrantów, by uniknąć krachu demograficznego i gospodarczego.

Koszty poniosą Europejczycy

Decyzja rozpaliła hiszpańską scenę polityczną. Centroprawicowa Partia Ludowa zapowiedziała zaskarżenie regularyzacji do sądu, a jej lider Alberto Núñez Feijóo zarzucił socjalistom zwiększanie „efektu wezwania” i ryzyko przeciążenia usług publicznych. Lider prawicowego Vox Santiago Abascal nazwał regularyzację wprost „wezwaniem do przyspieszenia inwazji„. Krytycy wskazują też, że realna skala decyzji jest większa niż nominalne pół miliona – zalegalizowani migranci zyskają z czasem prawo do łączenia rodzin, a więc do sprowadzenia bliskich.

Sednem europejskiego wymiaru sporu jest strefa Schengen. Osoby, które uzyskają w Hiszpanii legalny pobyt, a docelowo obywatelstwo, zyskują swobodę przemieszczania się po całej Unii – decyzja jednego państwa członkowskiego zmienia więc sytuację wszystkich pozostałych, które nie miały na nią żadnego wpływu. Ten mechanizm już wywołuje reakcje: Niemcy przedłużyły do września 2026 r. tymczasowe kontrole na granicach wewnętrznych, uzasadniając je m.in. presją migracyjną i przeciążeniem systemu azylowego, a w lutym Parlament Europejski debatował nad hiszpańską decyzją.

Komisarz UE ds. wewnętrznych i migracji Magnus Brunner podkreślił wówczas, że choć część polityki migracyjnej pozostaje w gestii państw członkowskich, każde z nich musi dopilnować, by jego decyzje nie miały negatywnych konsekwencji w innych częściach Unii – co w języku brukselskiej dyplomacji jest wyraźnym ostrzeżeniem pod adresem Madrytu.

Legalizacja jak magnes

Tymczasem perspektywa legalizacji działa jak magnes na kolejnych przybyszów, którzy w Hiszpanii jeszcze nie są – a obrazy z Ceuty z ostatnich dni trudno uznać za argument przeciwko tej tezie.

Jeśli napór się utrzyma, Hiszpania stanie przed wyborem między kolejnymi doraźnymi rozwiązaniami a rewizją polityki, którą sama uczyniła swoją wizytówką. Dla reszty Europy stawka jest systemowa: Schengen opiera się na założeniu, że państwa członkowskie ufają nawzajem swoim politykom migracyjnym. Każda jednostronna decyzja o skali pół miliona osób – niezależnie od jej krajowego uzasadnienia – to założenie testuje. A mnożące się kontrole na granicach wewnętrznych pokazują, że cierpliwość części stolic już się kończy.

Źródło: Euronews

Masz temat, o którym powinniśmy napisać? Skontaktuj się z nami!
Opisujemy ciekawe sprawy nadsyłane przez naszych czytelników. Napisz do nas, opisz dokładnie fakty i prześlij wraz z ewentualnymi załącznikami na adres: redakcja@pkb24.pl.
REKLAMA
REKLAMA