Sieć zbudowana w PRL nie jest w stanie przyjmować prądu od obywateli. Przebudowa pochłonie bilion złotych
Polski system elektroenergetyczny został zaprojektowany do rozsyłania energii z kilku wielkich elektrowni do odbiorców, a nie do przyjmowania jej od prosumentów, spółdzielni energetycznych i zakładów przemysłowych. Modernizacja sieci jest dziś głównym wąskim gardłem transformacji — a inwestycje operatorów często polegają na wymianie kabla na nowszy, zamiast na przebudowie logiki systemu. Premier Donald Tusk zapowiedział bilion złotych na energetykę w ciągu dekady, eksperci mówią o półtora biliona. Sam koszt dekarbonizacji ciepłownictwa Polskie Towarzystwo Energetyki Cieplnej szacuje na 466 mld zł do 2050 roku. O wyzwaniach sektora mówi Krzysztof Mrozek z Polskiej Zielonej Sieci.
System zaprojektowany w jedną stronę
Problem nie polega na zużyciu infrastruktury, lecz na jej założeniu konstrukcyjnym.
Jednym z największych wyzwań dla polskiej energetyki w tej chwili są sieci przesyłowe i dystrybucyjne. System został zaprojektowany i zbudowany w czasach PRL-u. Przystosowany był do tego, żeby dystrybuować energię do obywateli z kilku wielkich elektrowni i elektrociepłowni. Nieprzystosowany jest natomiast do tego, żeby przyjmować do sieci energię od obywateli, społeczności energetycznych, zakładów przemysłowych i dystrybuować tam, gdzie ona jest potrzebna
— powiedział Krzysztof Mrozek, dyrektor programu Fundusze Europejskie dla Klimatu w Polskiej Zielonej Sieci.
To rozróżnienie ma praktyczne konsekwencje. Sieć jednokierunkowa działa jak system rur ze zbiornika do kranów. Sieć, do której setki tysięcy podmiotów jednocześnie wpuszczają energię i z niej pobierają, wymaga innej architektury sterowania, innych zabezpieczeń i innego pomiaru — a nie po prostu grubszych przewodów.
Inwestycje w sieci przesyłowe są konieczne, dlatego że zmieniamy logikę funkcjonowania naszego systemu. Kiedyś był on oparty na wielkich elektrowniach, elektrociepłowniach, takich jak Bełchatów czy Turów, największe tego typu jednostki w Europie, które wysyłały prąd do obywateli w różnych częściach naszego kraju. W tej chwili państwo buduje elektrownię atomową na Wybrzeżu, która zostanie oddana za kilkanaście lat
— tłumaczy Mrozek, wskazując, że w planowaniu sieci trzeba uwzględnić także morskie farmy wiatrowe i przede wszystkim zdecentralizowane wytwarzanie przez obywateli i przedsiębiorstwa.
Skalę zmiany pokazuje projekt Krajowego Planu w dziedzinie Energii i Klimatu. Do 2040 roku moc elektrowni jądrowych — wielko- i małoskalowych — ma sięgnąć około 5,9 GW, elektrowni wiatrowych na lądzie 28,8 GW, a na morzu 16 GW. To prognozy dla scenariusza przyspieszonej transformacji.
Wymiana kabla to nie modernizacja
Najostrzejsza teza całej rozmowy dotyczy tego, na co idą już wydawane pieniądze.
Koszty modernizacji sieci będą ogromne, ale widać w priorytetach finansowania, że środki na te działania są przeznaczane. Sprawy idą jednak zbyt wolno. Mamy przestarzałe przepisy i myślenie o modernizacji sieci. Inwestycje operatorów często polegają na wymianie kabla czy transformatora na nowszy, ale nie na przebudowie logiki systemu
— podkreślił przedstawiciel Polskiej Zielonej Sieci.
Warto odnotować, kto za to płaci. Środki pochodzą z funduszy europejskich, ale też — jak zaznacza Mrozek — z opłaty sieciowej pobieranej od wszystkich odbiorców w comiesięcznym rachunku za prąd. Jeśli diagnoza o wymianie kabla zamiast przebudowy jest trafna, to znaczy, że gospodarstwa domowe finansują dziś konserwację systemu, który za dekadę i tak trzeba będzie przeprojektować.
Pieniądze płyną. W czerwcu 2025 roku Polskie Sieci Elektroenergetyczne podpisały z Bankiem Gospodarstwa Krajowego umowę na 10,8 mld zł pożyczki ze środków Krajowego Planu Odbudowy — w ciągu dziesięciu lat ma powstać ponad 5 tys. km nowych linii najwyższych napięć. Pod koniec stycznia Ministerstwo Klimatu i Środowiska podpisało umowy o dofinansowanie dwóch projektów PGE Dystrybucja w województwach podkarpackim i lubelskim, dotyczących inteligentnych sieci. Ich łączna wartość przekracza 523 mln zł, a unijne dofinansowanie wynosi ponad 208 mln zł.
Bałtowie odłączyli się od Rosji przez Polskę
Argument za tym, że Polska może być hubem energetycznym regionu, nie jest wyłącznie ambicją.
My już teraz wymieniamy się prądem z naszymi sąsiadami. Wspieramy Ukrainę w chwilach kryzysowych. Ona też nas wspiera, kiedy u nas mocy w systemie brakuje. Powiązania między państwami regionu zostały utworzone i wciąż są rozwijane. W zeszłym roku mieliśmy do czynienia z historycznym wydarzeniem, które polegało na tym, że państwa bałtyckie uniezależniły się od poradzieckiego systemu energetycznego. Nie kupują już prądu od Rosji ani Białorusi i są w pełni zintegrowane z systemem energetycznym Europy. Podstawowym miejscem tej integracji jest właśnie Polska
— zaznaczył Mrozek.
Chodzi o 9 lutego 2025 roku, gdy Estonia, Łotwa i Litwa zsynchronizowały swoje systemy z obszarem synchronicznym Europy kontynentalnej. Kraje, które w zarządzaniu częstotliwością polegały wcześniej na rosyjskim systemie IPS/UPS, trwale odłączyły wszystkie połączenia elektryczne z Rosją i Białorusią. Za koordynację i zarządzanie projektem odpowiadały PSE.
To jest najmocniejszy dowód w całej sprawie. Polska nie tylko wymienia energię z sąsiadami — była infrastrukturalnym warunkiem odcięcia trzech państw NATO od rosyjskiego systemu. Sieć przesyłowa przestaje być kwestią techniczną, a staje się elementem bezpieczeństwa regionu.
Mrozek wskazuje na atuty: położenie, wielkość, silny przemysł, rozwinięte rolnictwo mogące dostarczać substraty do produkcji biogazu i biometanu oraz warunki wiatrowe pozwalające wytwarzać zieloną energię i zielony wodór. Zgodnie z KPEiK biometan i wodór odnawialny mogą w przyszłości pełnić funkcję paliwa szczytowego, choć początkowo wodór ma służyć przede wszystkim przemysłowi.
Ciepłownictwo: 466 miliardów i pięć procent w dekadę
Znacznie gorzej wygląda drugi filar transformacji.
Ono jest znacznie trudniejsze do dekarbonizowania niż system elektroenergetyczny. Potrzebujemy wysokich temperatur do tego, aby ogrzewać wodę, która trafia do zakładów, domów czy mieszkań naszych obywatelek i obywateli. I tu znów są rozwiązania polegające na odnawialnych źródłach energii, ale ich rozwój jest nieco wolniejszy niż w przypadku produkcji samego prądu
— wyjaśnił ekspert.
Liczby są bezlitosne. Polskie Towarzystwo Energetyki Cieplnej szacuje koszt transformacji sektora nawet na 466 mld zł do 2050 roku. Z raportu Forum Energii wynika natomiast, że jednostkowa emisja dwutlenku węgla w ciepłownictwie systemowym spadła od 2013 do 2023 roku o zaledwie 4,9 proc.
Dekada pracy dała pięć procent poprawy. Przy takim tempie cel neutralności klimatycznej w tym sektorze jest matematycznie nieosiągalny — i to niezależnie od tego, czy uznaje się go za słuszny.
Bilion, którego nikt nie ma
Skala potrzebnych nakładów przekracza możliwości budżetu.
Środki przeznaczone na transformację energetyczną nigdy nie są wystarczające. Premier mówił o bilionie złotych, eksperci o 1,5 bln zł. Niektórzy mówią, że jeszcze więcej. Żadnego państwa nie stać na to, żeby takie pieniądze z dnia na dzień wyłożyć na stół
— powiedział przedstawiciel Polskiej Zielonej Sieci.
Zapowiedź premiera Donalda Tuska z marcowej konferencji PowerConnect Energy Summit w Gdańsku przewiduje bilion złotych na energetykę, infrastrukturę, linie przesyłowe i elektrownie w ciągu dekady. Ponad 220 mld zł ma trafić na źródła odnawialne i magazyny energii, 234 mld zł na dystrybucję, a 160 mld zł na energetykę jądrową.
Recepta, którą proponuje Mrozek, jest przy tym bliższa modelowi państwa aktywnego niż dotacyjnego.
Musimy generować w Unii Europejskiej i w Polsce zdolność do tworzenia mądrych montaży finansowych, które polegają na kredytowaniu inwestycji, udzielaniu gwarancji państwowych bez wykładania pieniędzy oraz dotowaniu inwestycji tam, gdzie dodatkowe środki od państwa czy Unii Europejskiej są konieczne. Muszą one wspierać inicjatywy obywatelskie, działania osłonowe czy tam, gdzie państwo musi przejąć odpowiedzialność za niektóre elementy na przykład infrastruktury krytycznej
— tłumaczył ekspert.
Poparcie topnieje z roku na rok
Najpoważniejsze ryzyko nie jest jednak techniczne ani finansowe.
Z badania CBOS z listopada 2025 roku wynika, że 67 proc. Polaków uważa, iż Polska powinna dochodzić do neutralności klimatycznej we własnym tempie. Odchodzenie od węgla na rzecz bardziej ekologicznych metod produkcji energii popiera 55 proc. ankietowanych — to o 6 punktów procentowych mniej niż w 2024 roku, o 15 punktów mniej niż w 2023 roku i o 19 punktów mniej niż w 2021 roku.
Spadek o niemal jedną piątą w ciągu czterech lat to trend, którego nie da się odwrócić kampanią informacyjną w rok. Mrozek wskazuje na dwie przyczyny: dezinformację oraz realne koszty ponoszone przez obywateli.
Pewne rzeczy oczywiście moglibyśmy zrobić szybciej i gwałtowniej, ale z dużym kosztem dla obywateli. Dlatego bardzo ważne jest, aby w centrum procesu postawić obywateli, ich rachunki za energię, pracę i przyszłość. Należy projektować działania tak, aby wspierać proces sprawiedliwej transformacji w tych regionach, które w tej chwili są uzależnione od węgla, w tym brunatnego, czy energetyki wysokoemisyjnej. Powinniśmy zapewnić naszym obywatelom alternatywę
— zaznaczył Mrozek.
Jako państwo powinniśmy więc nie tylko myśleć o tym, ile gigawatów mocy zainstalujemy i w jakich źródłach, ale też o tym, za pomocą jakich programów i kampanii edukacyjnych budować poparcie obywateli. Należy pokazać społeczeństwu, że transformacja energetyczna nie tylko jest potrzebna, bo jest wymagana przez Unię Europejską, ale też że jest w naszym ekonomicznym interesie i będzie służyć naszemu zdrowiu oraz stabilności dostaw energii do naszych domów
— dodał.
Kolejność, która decyduje o wszystkim
Z tej diagnozy wyłania się problem, którego żaden dokument strategiczny nie rozwiązuje.
Poparcie dla odchodzenia od węgla spada dokładnie w tym okresie, w którym rosną rachunki i mnożą się zapowiedzi wielkich inwestycji. To nie jest przypadek. Obywatel płaci opłatę sieciową dziś, a korzyść w postaci taniej i stabilnej energii ma dostać za dekadę albo dwie — jeśli w międzyczasie nic się nie zmieni w planach.
Wniosek dla polityki publicznej jest odwrotny, niż sugeruje logika przetargowa. Nie chodzi o to, żeby najpierw wydać bilion złotych, a potem tłumaczyć ludziom, po co. Chodzi o to, żeby kolejność inwestycji dawała odczuwalny efekt wcześniej niż za piętnaście lat — bo bez społecznego przyzwolenia żaden rząd nie utrzyma tego programu przez cztery kolejne kadencje, a tyle właśnie potrwa.
Jest w tym też argument, który w publicznej debacie ginie. Sieć przystosowana do przyjmowania energii od obywateli i spółdzielni energetycznych to nie tylko instrument klimatyczny. To warunek, żeby wytwarzanie prądu przestało być domeną kilku wielkich podmiotów, a stało się czymś, na czym może zarabiać gmina, zakład przemysłowy albo rolnik z biogazownią. Modernizacja sieci jest więc pytaniem o strukturę własności w energetyce — a nie tylko o gigawaty i kilometry linii.
Źródło: Newseria, Polska Zielona Sieć









