Kontener w barwach chińskiej flagi

Niemiecka gospodarka uzależniła się od Chin. Odwyk grozi wojną handlową

13.10.2026
Redakcja
Czas czytania: 3 minut/y

Przez dekady Niemcy wydawały się odporne na „chiński szok”, który pustoszył zachodni przemysł — dziś są trzecim najbardziej narażonym na Chiny krajem świata, a walka o uwolnienie gospodarki od Pekinu nabiera, jak pisze „The Telegraph”, charakteru egzystencjalnego. Autorką analizy jest korespondentka ekonomiczna dziennika Melissa Lawford. Jeszcze w 2020 roku Niemcy miały blisko 20 mld euro nadwyżki w handlu z Chinami — dziś notują 21 mld euro deficytu.

Od beneficjenta do ofiary

Po wejściu Chin do Światowej Organizacji Handlu w 2001 roku i zalaniu rynków tanimi towarami niemieccy producenci aut i chemii nie tylko się obronili, ale wręcz skorzystali na sprzedaży na nowym chińskim rynku. Jak pisze „Telegraph”, niemieccy decydenci i przemysłowcy popadli jednak w samozadowolenie — i gdy nadszedł ochrzczony przez ekonomistów „China Shock 2.0″, Niemcy okazały się nagle jednym z najbardziej narażonych krajów świata.

Z przytaczanej przez dziennik analizy Global Public Policy Institute wynika, że podczas gdy wiele państw, w tym Wielka Brytania, ograniczało w ostatnich latach ekspozycję na Chiny, Niemcy stawały się coraz bardziej podatne: od 2013 roku awansowały z 10. na 3. miejsce wśród krajów najbardziej wystawionych na Chiny — za Koreą Południową i Rosją.

Ekonomiści Sander Tordoir i Brad Setser ostrzegali w tegorocznym opracowaniu Centre for European Reform, że skala „China Shock 2.0″ jest porównywalna z pierwszym szokiem po 2001 roku: wtedy chińska nadwyżka w przemyśle urosła do blisko 1 proc. światowego PKB, a w ostatnich czterech latach przybrała o niemal kolejny punkt procentowy. Tym razem jednak — argumentują — szok jest bardziej egzystencjalny: w latach 2000. Zachód tracił producentów zabawek, mebli i prostej elektroniki, nie tracąc sektorów kluczowych dla przyszłej dynamiki gospodarek, a kraje takie jak Niemcy zyskiwały wielkie rynki zbytu dla chemii i maszyn. Teraz Chiny nie zwiększają importu, a konkurują dokładnie w tym, co dla Niemiec żywotne: autach, maszynach i chemii.

Chiński szok jest dziś najważniejszą przyczyną niemieckiej niemocy

— oceniają Tordoir i Setser, cytowani przez „Telegraph”.

Samochody: punkt przełomu

W sercu drugiej fali chińskiego eksportu są samochody — przemysł, w którym Niemcy dominowały przez dekady. Analitycy spodziewali się, że Chiny będą eksportować 10 mln aut rocznie pod koniec dekady; w ujęciu zannualizowanym próg ten padł już w ostatnim kwartale 2025 roku.

W sektorze motoryzacyjnym punktem przełomowym był moment, w którym chińskie firmy objęły prowadzenie w autach elektrycznych i hybrydowych

— mówi Jessie Yin, zastępczyni dyrektora w Geoeconomics Centre przy Atlantic Council, cytowana przez dziennik.

Skutki widać w danych przytaczanych przez „Telegraph”: niemiecki eksport spada systematycznie od 2018 roku — w ubiegłym roku o około 5 proc. — najbardziej kurczą się branże najmocniej wystawione na chińską konkurencję, produkcja przemysłowa spada od sześciu lat, a PKB pozostaje około 6 proc. poniżej przedpandemicznej trajektorii. Raport biura planowania francuskiego premiera ostrzega, że chińska konkurencja może w średnim terminie zagrozić 70 proc. niemieckiej produkcji przemysłowej.

Merz próbuje odzyskać kontrolę

Kanclerz Friedrich Merz podczas pierwszej wizyty w Pekinie w lutym ostrzegał, że niemiecki deficyt handlowy z Chinami zwiększył się czterokrotnie w pięć lat, nazywając to zjawisko „niezdrowym”, i wielokrotnie sygnalizował oznaki manipulowania kursem przez Chiny. W tym miesiącu, we wspólnym liście z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem, wezwał szefową Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen do wprowadzenia mechanizmu pozwalającego UE szybciej nakładać restrykcje na kraje stosujące szkodliwe praktyki handlowe. W ubiegłym tygodniu Niemcy zablokowały też przejęcie grupy logistycznej w największym niemieckim porcie przez chińskiego państwowego armatora Cosco.

Berlin jako „hamulec w Brukseli”

Zmiana polityczna dopiero się zaczyna — bo, jak pisze „Telegraph”, chińska strategia handlowo-inwestycyjna uzależniła od Pekinu wzrost wielu niemieckich firm.

Chiny w dużej mierze działają poprzez niemiecki biznes. Te wielkie firmy chcą utrzymać relacje i mają potężne lobby, które przenika do niemieckich rządów. Chiny chcą zachować Niemcy jako hamulec w Brukseli. Jeśli Berlin się waha, waha się UE

— mówi Sari Arho Havrén, specjalistka ds. chińskiej polityki zagranicznej w Royal United Services Institute (RUSI), cytowana przez dziennik. Jak dodaje, część niemieckiego biznesu wciąż uważa Chiny za niezbędne do skalowania działalności — niemieckie firmy zwiększyły inwestycje w Chinach o około jedną trzecią w pierwszej połowie tego roku.

Dźwignię Pekinu wzmacnia kontrola nad światowymi dostawami metali ziem rzadkich, kluczowych dla niemieckich producentów — gdy w ubiegłym roku Chiny użyły tego łańcucha dostaw jako broni w konfrontacji z USA, niemiecka motoryzacja niemal stanęła. Według Havrén zależności sięgają tak głęboko, że dają Chinom znaczną polityczną dźwignię.

Ryzyko wojny handlowej rośnie

Niemiecki biznes zaczyna odwracać się od Chin — w sierpniu Niemiecka Izba Przemysłowo-Handlowa wezwała Merza do twardszego kursu. Postępów politycznych jednak niewiele: na ubiegłotygodniowych rozmowach handlowych UE–Chiny Pekin kategorycznie odrzucił europejskie prośby o jakąkolwiek formę samoograniczenia eksportu, zwłaszcza aut hybrydowych, a Komisja Europejska dyskutuje o „ochronnych” środkach obrony handlu, co budzi obawy przed eskalacją.

Myślę, że Chiny najpewniej by się odwzajemniły w taki czy inny sposób. Istnieje duże ryzyko wojny handlowej. Ale Chiny mają tak wielką dźwignię, że nie jestem pewna, czy UE może sobie na nią pozwolić

— ocenia Havrén.

Źródło: „The Telegraph”, Melissa Lawford

Masz temat, o którym powinniśmy napisać? Skontaktuj się z nami!
Opisujemy ciekawe sprawy nadsyłane przez naszych czytelników. Napisz do nas, opisz dokładnie fakty i prześlij wraz z ewentualnymi załącznikami na adres: redakcja@pkb24.pl.
REKLAMA
REKLAMA