Flaga USA, monety i wykres finansowy, kalkulator.

Amerykanie wybierają dziś nowy Kongres. „Gospodarka, głupcze” znów może zdecydować, a stawką swoboda Trumpa

03.11.2026
Redakcja
Czas czytania: 3 minut/y

Rosnące koszty życia i niezadowolenie z sytuacji gospodarczej mogą zaważyć na wyniku dzisiejszych wyborów połówkowych w USA i doprowadzić do przegranej republikanów — tym bardziej że poparcie dla prezydentury Donalda Trumpa wynosi według ostatnich sondaży 31–36 proc. Jak ocenia w rozmowie z agencją Newseria Jakub Dymek, współautor podcastu „Dwie Lewe Ręce”, nawet utrata większości w Kongresie nie musi jednak oznaczać zasadniczej zmiany polityki administracji — ograniczy za to jej swobodę budżetową i wystawi ją na kontrolę parlamentarną.

Drożyzna największym wyzwaniem partii rządzącej

Ci, którzy muszą opłacać rachunki, którzy widzą rosnące raty kredytów, którzy zaglądają w swoje domowe portfele i nie widzą tej trumpowskiej rewolucji w budżetach swoich gospodarstw domowych, będą o tym mocno myśleć przed wyborami. W Stanach Zjednoczonych słynne hasło „Gospodarka, głupcze!”, mimo że ma już prawie 40 lat, nadal decyduje o wynikach kolejnych wyborów. Nastroje konsumentów, ich niezadowolenie ze stanu gospodarki, a przede wszystkim z drożyzny, która nie ustępuje, są dziś największym wyzwaniem dla partii rządzącej

— mówi agencji Newseria Jakub Dymek, współautor podcastu „Dwie Lewe Ręce”.

Demokraci mają w ostatnich sondażach kilka punktów procentowych przewagi nad republikanami. Według przywołanej w materiale analizy Ośrodka Studiów Wschodnich jednym z powodów niezadowolenia Amerykanów są wysokie ceny paliw, zwłaszcza oleju napędowego, szczególnie dotkliwe dla farmerów — ważnej grupy wyborców Partii Republikańskiej, która wcześniej odczuła już skutki wojny celnej oraz ograniczenia dostępu do pracowników po zaostrzeniu polityki imigracyjnej.

Co realnie zmieni wynik

W wyborach 3 listopada Amerykanie wybiorą wszystkich 435 członków Izby Reprezentantów oraz jedną trzecią, czyli 35 senatorów. Republikanie mają obecnie większość w obu izbach. Przejęcie kontroli nad jedną lub obiema izbami przez demokratów utrudniłoby Trumpowi uchwalanie ustaw i rozwiązań budżetowych oraz dało opozycji większe możliwości kontroli administracji — w tym organizowania przesłuchań i wszczynania dochodzeń parlamentarnych. Prezydent zachowałby jednak szerokie uprawnienia w polityce zagranicznej.

Przegrana w wyborach połówkowych nie ograniczy możliwości prowadzenia polityki przez Donalda Trumpa w tak dużym stopniu, jak oczekiwaliby tego jego oponenci. Donald Trump i Republikanie w większości zapewnili sobie możliwość kontynuowania kluczowych aspektów tej polityki, czy to w kwestii ceł i podejścia do handlu, czy zbrojeń i budżetu Pentagonu, czy dużej swobody dyplomatycznej, którą prezydent sobie przyznał. To, co się istotnie zmieni po wyborach, o ile administracja je przegra, to dużo większa możliwość patrzenia przez demokratów na ręce Donaldowi Trumpowi i dużo mniejsza swoboda jego administracji w rozporządzaniu budżetem

— wskazuje Dymek, którego wypowiedź zarejestrowano podczas Krynica Forum 2026.

Z kolei wygrana republikanów — jak ocenia ekspert — byłaby zaskoczeniem dla większości analityków i „przedłużeniem mandatu” dla polityki agresywnego protekcjonizmu handlowego, reindustrializacji USA kosztem dawnych sojuszników oraz wojen handlowych, prowadzonej wówczas „niejako siłą” dzięki mocnemu mandatowi obu izb.

Polska patrzy na te wybory wyjątkowo uważnie

Tegoroczne wybory połówkowe budzą w Polsce wyjątkowe zainteresowanie, co może mieć związek z tym, jak mocno prezydentura Trumpa polaryzuje Polaków. Z przywołanego w materiale badania CBOS z lutego 2026 roku — jeszcze sprzed ataku na Iran — wynika, że negatywnie oceniało ją 60 proc. respondentów, a pozytywnie 28 proc.; 60 proc. badanych przyznało, że budzi ona w nich obawy, a 41 proc. uważało, że przyczynia się do spadku bezpieczeństwa Polski. Oceny silnie różnicują sympatie polityczne: wśród wyborców PiS działania Trumpa pozytywnie oceniało 68 proc., Konfederacji Korony Polskiej — 64 proc., a Konfederacji Wolność i Niepodległość — 55 proc. W elektoracie Koalicji Obywatelskiej negatywną ocenę wystawiło 97 proc. badanych, a Partii Razem — 93 proc.

Im bardziej Donald Trump prowadzi politykę, która jest z punktu widzenia naszego regionu ryzykowna, niekonwencjonalna albo wprost wroga, tym bardziej jego wsparcie może się stać dla polskich partii politycznych ciężarem, a nie pomocą, jak bywało wcześniej. Analogicznie dla obozu rządowego coraz bardziej chaotyczne, niepoukładane rządy amerykańskiej administracji trumpowskiej będą mocnym punktem w kampanii wyborczej, która będzie podkreślała niestabilność i bezsens trzymania się klamki Amerykanów przez obóz prezydencki

— przekonuje współautor „Dwóch Lewych Rąk”.

Ustępstwa wobec Rosji i wojenna dywidenda

W ostatnich tygodniach amerykańska administracja podjęła decyzje, które obserwatorzy interpretują jako ustępstwa wobec Rosji: Trump zawiesił część sankcji, umożliwiając eksport rosyjskiego oleju napędowego m.in. do USA, odstąpił od nowych restrykcji na podstawie tzw. ustawy Grahama i naciskał na Ukrainę, by zaprzestała ataków na rosyjskie rafinerie, które według jego administracji przyczyniają się do wzrostu cen paliw. Zdaniem Dymka rozgoryczeni mogą czuć się ci, którzy wierzyli, że Trump „twardymi negocjacjami” szybko zakończy rosyjską inwazję.

Ekspert zwraca też uwagę na gospodarczy wymiar wojny dla Waszyngtonu. Po rosyjskiej inwazji w 2022 roku państwa europejskie ograniczyły import surowców z Rosji — i skorzystały na tym Stany Zjednoczone. Według przywołanych w materiale danych Rady UE w 2025 roku USA odpowiadały za niemal 58 proc. unijnego importu gazu LNG, trzykrotnie więcej niż w 2021 roku, a według SIPRI w latach 2021–2025 na USA przypadało 58 proc. importu uzbrojenia przez europejskich członków NATO.

Stanom Zjednoczonym, mówiąc bardzo brutalnie, ta wojna się opłaca. Przez bardzo długi czas czerpali oni z rosyjskiej inwazji na Ukrainę olbrzymią dywidendę, jeżeli chodzi o koszty energii, zyski transferowane do amerykańskich spółek, zyski amerykańskich banków, korporacji zbrojeniowych i uzależnianie Europy od amerykańskiej technologii, eksportu energii i sprzętu militarnego. Jeden z istotniejszych powodów, dla których Donald Trump chciał zakończyć wojnę w Ukrainie, miał naturę propagandową. To byłby widoczny sukces, którym można byłoby się pochwalić na początku kadencji. To się jednak nie udało, stąd tym większa determinacja, a może nawet desperacja, by ten swoisty pomnik skuteczności trumpowskiej dyplomacji wystawić jeszcze przed rozstrzygnięciem wyborów w połowie kadencji

— ocenia ekspert.

Źródło: Newseria

Masz temat, o którym powinniśmy napisać? Skontaktuj się z nami!
Opisujemy ciekawe sprawy nadsyłane przez naszych czytelników. Napisz do nas, opisz dokładnie fakty i prześlij wraz z ewentualnymi załącznikami na adres: redakcja@pkb24.pl.
REKLAMA
REKLAMA