iPhone jako symbol kapitalizmu? To w dużej mierze mit
iPhone uchodzi za ikonę prywatnej przedsiębiorczości: produkt wizjonera w golfie, zrodzony w garażowej kulturze Doliny Krzemowej, z dala od państwowych urzędów. Problem w tym, że niemal każda kluczowa technologia, która czyni z niego smartfon – internet, GPS, ekran dotykowy, asystent głosowy, bateria – wyrasta z badań finansowanych ze środków publicznych, głównie przez amerykańskie agencje rządowe i wojsko. Tak wynika z analizy ekonomistki Mariany Mazzucato przedstawionej w książce „Przedsiębiorcze państwo” oraz z udokumentowanej historii tych technologii.
Anatomia smartfona: publiczny rodowód w każdej warstwie
Rozłóżmy iPhone’a na części pierwsze. Internet, bez którego smartfon byłby tylko telefonem, wywodzi się z ARPANET-u – projektu DARPA, agencji badawczej Pentagonu.
GPS, dzięki któremu działają mapy, nawigacja i pół gospodarki aplikacyjnej, zbudowało i do dziś utrzymuje amerykańskie wojsko; to system Departamentu Obrony udostępniony użytkownikom cywilnym.
Sieć WWW powstała w CERN-ie, europejskim ośrodku badań jądrowych finansowanym przez rządy państw członkowskich.
Ekran dotykowy ma rodowód podwójnie publiczny: pojemnościowy touchscreen opracował E.A. Johnson w brytyjskim państwowym Royal Radar Establishment jeszcze w latach 60., a technologię multitouch rozwinięto na Uniwersytecie Delaware w badaniach wspieranych m.in. przez National Science Foundation i CIA – Apple przejęło później firmę FingerWorks, która z tych badań wyrosła.
Siri to bezpośredni spin-off projektu CALO, finansowanego przez DARPA i realizowanego w instytucie SRI International.
Baterie litowo-jonowe opierają się na badaniach Johna Goodenougha, prowadzonych na uczelniach i wspieranych przez Departament Energii. Nawet dyski o dużej gęstości zapisu zawdzięczamy efektowi GMR, odkrytemu w europejskich instytutach publicznych i nagrodzonemu Noblem, a cała branża półprzewodników rozpędziła się na wojskowych zamówieniach z czasów zimnej wojny.
Nie ma ani jednej kluczowej technologii w iPhonie, która nie byłaby finansowana przez państwo.
— stwierdziła Mariana Mazzucato, ekonomistka z University College London i autorka „Przedsiębiorczego państwa”.
Państwo jako inwestor pierwszego ryzyka
Wywód Mazzucato nie sprowadza się do wyliczanki. Jego sedno jest ekonomiczne: to państwo bierze na siebie najbardziej ryzykowną, wczesną fazę innowacji – badania podstawowe, których horyzont zwrotu liczy się w dekadach i których żaden fundusz venture capital nie sfinansuje, bo nie da się ich wpisać w model biznesowy. Kapitał prywatny wchodzi do gry dopiero wtedy, gdy niepewność technologiczna została już publicznie „skonsumowana”, i kapitalizuje zyski z gotowego fundamentu.
W tym ujęciu popularna opowieść o innowacji – wizjonerski przedsiębiorca kontra skostniała biurokracja – odwraca rzeczywistą sekwencję zdarzeń. DARPA, NSF, wojskowe laboratoria i uczelnie publiczne nie były hamulcowym rewolucji cyfrowej, lecz jej cichym inwestorem założycielskim. Mit garażu przetrwał, bo jest atrakcyjniejszy narracyjnie niż mit grantu.
Co jest prywatnego w iPhone’ach?
Rzetelność wymaga odnotowania, że teza o „państwowym iPhonie” bywa nadinterpretowana – i ma poważnych krytyków. Po pierwsze, państwo finansowało badania podstawowe i wojskowe, a nie projektowało smartfona: nikt w DARPA nie planował urządzenia, które zmieści internet w kieszeni. Po drugie, wkład Apple’a jest realny i trudny do powtórzenia – integracja rozproszonych technologii w jeden masowo produkowany, niezawodny i pożądany produkt, wraz z oprogramowaniem, wzornictwem i łańcuchem dostaw, to również innowacja. Dziesiątki firm miały dostęp do dokładnie tych samych publicznych technologii i smartfona w tej formie nie stworzyły.
Spór o rachunek, nie o zasługi
Praktyczna stawka tego sporu jest finansowa. Skoro podatnik sfinansował najbardziej ryzykowną fazę innowacji, a zyski trafiły do akcjonariuszy – pyta Mazzucato – to czy podział korzyści jest uczciwy? Zwłaszcza że firmy technologiczne przez lata należały do najskuteczniejszych na świecie w optymalizacji podatkowej, ograniczając strumień, którym część zysków mogłaby wrócić do publicznej kasy. Stąd postulaty: od twardszego opodatkowania, przez publiczne udziały w komercjalizowanych wynalazkach, po banki rozwoju inwestujące jak przedsiębiorca, nie jak księgowy.
Odpowiedź drugiej strony jest równie konkretna: najlepszym „zwrotem” z publicznych badań jest sama istniejąca gospodarka cyfrowa, miejsca pracy i podatki od nich, a próby przechwytywania zysków przez państwo zniechęcą kapitał do komercjalizacji czegokolwiek. Ten spór – nie anegdota o garażu – jest dziś realnym polem bitwy polityki przemysłowej, od amerykańskich ustaw chipowych po europejskie programy technologiczne. iPhone pozostaje w nim najlepszym dowodem rzeczowym obu stron jednocześnie.









