kamera flock

Amerykanie zbuntowali się przeciwko kamerom, które śledzą, dokąd jeżdżą

14.08.2026
Redakcja
Czas czytania: 4 minut/y

Lee Schmidt, emerytowany wojskowy z Norfolk w Wirginii, chciał tylko sprawdzić, co miejskie kamery wiedzą o jego życiu. Odpowiedź poznał dzięki pozwowi: 176 urządzeń rozsianych po mieście zarejestrowało jego samochód 526 razy w niespełna pięć miesięcy — średnio cztery razy dziennie. Jego sprawa stała się jednym z symboli ogólnokrajowego buntu przeciwko firmie Flock Safety, operatorowi największej prywatnej sieci nadzoru kierowców w USA. Jak informuje stacja CNN, w czwartek firma ugięła się pod presją i ogłosiła daleko idące ustępstwa, w tym skrócenie domyślnego okresu przechowywania danych z 30 do 7 dni.

To szalenie wysoka liczba. Byłem w szoku.

— powiedział Lee Schmidt, współautor pozwu przeciwko miastu Norfolk, cytowany przez NBC News.

Wyobraź sobie 80 tysięcy fotoradarów, które nie mierzą prędkości

Żeby zrozumieć skalę zjawiska, wystarczy jedno porównanie. W Polsce działa kilkaset stacjonarnych fotoradarów. Flock Safety rozmieścił w Stanach Zjednoczonych ponad 80 tysięcy kamer — tyle że one nie polują na piratów drogowych. Rejestrują wszystkich.

Technologia nazywa się ALPR, czyli automatyczny czytnik tablic rejestracyjnych. Niepozorna kamera na słupie fotografuje każdy przejeżdżający pojazd, a sztuczna inteligencja kataloguje nie tylko numer tablicy, ale też markę, model, kolor, naklejki na zderzaku, bagażnik dachowy, a nawet rysy na karoserii. Polski kierowca zna namiastkę tego rozwiązania z systemu e-TOLL czy bramownic na autostradach — z tą różnicą, że za oceanem dane trafiają do jednej, ogólnokrajowej, prywatnej bazy, którą przeszukiwać może każda z ponad 5 tysięcy współpracujących służb. Miesięcznie system wykonuje ponad 20 miliardów skanów. W praktyce oznacza to, że policjant z drugiego końca kraju może w kilka sekund odtworzyć, gdzie i kiedy jeździło konkretne auto.

Co istotne dla zrozumienia amerykańskiego fenomenu: klientami założonej w 2017 roku firmy z Atlanty są nie tylko policja i miasta, ale też ponad tysiąc prywatnych firm oraz wspólnoty mieszkaniowe, które montują kamery przy wjazdach na osiedla. Samorządy płacą za tę usługę niemałe pieniądze — Toledo w Ohio podpisało trzyletni kontrakt na 846 tys. dolarów, a Norfolk płaci 2,2 mln dolarów.

Po co miastom oko, które widzi wszystko

Historia firmy zaczęła się zresztą nie od wielkiej polityki, tylko od włamania. Założyciele składali pierwsze kamery ręcznie na stole w jadalni, a przełomem był telefon od detektywa z Georgii, któremu prototyp pomógł rozwikłać sprawę włamania do domu. Na tym fundamencie zbudowano ofertę, która okazała się dla amerykańskich samorządów bardzo kusząca: system rozwiązuje przestępstwa bez zatrudniania ani jednego dodatkowego policjanta.

Mechanizm w podstawowym zastosowaniu jest prosty. Gdy zgłaszasz kradzież auta, policja wpisuje jego dane do bazy. Od tej chwili każdy przejazd skradzionego pojazdu obok którejkolwiek kamery w sieci — także w innym mieście czy stanie — generuje automatyczny alert ze zdjęciem, godziną i lokalizacją. Funkcjonariusze nie muszą niczego szukać, system sam podaje im trop na tacy. Ta sama logika działa przy porwaniach dzieci, poszukiwaniu zaginionych seniorów czy typowaniu aut widzianych w pobliżu miejsca przestępstwa.

I trudno zaprzeczyć, że bywa skuteczna. W Greenfield w Massachusetts kamery pomogły ująć podejrzanego o morderstwo oraz namierzyć sprawców kradzieży ponad 100 tys. dolarów z bankomatu. Właśnie dlatego przez lata kolejne rady miejskie zatwierdzały kontrakty niemal bez dyskusji — za cenę jednego etatu policjanta dostawały narzędzie pracujące całą dobę na terenie całego miasta. Problem w tym, że narzędzie zaprojektowane do szukania skradzionych aut przy okazji zapisywało trasy wszystkich pozostałych kierowców. I prędzej czy później ktoś musiał zapytać, co dalej dzieje się z tymi danymi.

Amerykański bunt

Amerykanie długo nie zwracali uwagi na dyskretne kamery. Przełom przyniosły doniesienia o nadużyciach — i wtedy ruszyła lawina. Według ustaleń portalu San Francisco Standard od sierpnia 2021 roku do maja 2026 roku zerwano 82 kontrakty z Flock w 28 stanach, z czego aż 39 tylko w pierwszych pięciu miesiącach tego roku. Obywatelski projekt DeFlock, który mapuje kamery w całym kraju, doliczył się 68 miast, które odrzuciły technologię firmy. W sierpniu do tego grona dołączyły kolejne dwa miasteczka w Rhode Island, a wcześniej wypowiedzenia złożyły m.in. Denver, Austin i Charlottesville.

Najbardziej spektakularnie rozstało się z firmą Eugene w Oregonie. Gdy Flock zwlekał z demontażem po zerwaniu umowy, miasto wysłało własnych pracowników, którzy w dwa dni zdjęli ze słupów 55 z 57 kamer.

Część obywateli nie czeka jednak na urzędników. W Wirginii jeden z aktywistów miał zniszczyć co najmniej 13 kamer, a w Oregonie mieszkańcy zostawiali w miejscach ściętych urządzeń obraźliwe notatki. Kierowcy zaczęli też masowo „uodparniać” tablice na odczyt, co przybrało taką skalę, że ustawodawcy na Florydzie w odpowiedzi zakazali ich zasłaniania.

Policjanci śledzili byłe partnerki, agenci imigracyjni — wszystkich

Skąd ta furia? Z konkretów. Dziennik Washington Post ustalił, że co najmniej 50 funkcjonariuszy zostało oskarżonych lub skazanych za wykorzystywanie kamer do śledzenia prywatnych osób — najczęściej partnerek i byłych żon. W hrabstwie Bibb w Georgii trzej zastępcy szeryfa usłyszeli zarzuty stalkingu. Drugim zapalnikiem okazała się imigracja. Media ujawniły, że z danych Flock korzystała federalna agencja ICE podczas coraz mniej popularnych obław na imigrantów, a narzędzie umożliwiające wyszukiwania między stanami pozwalało obchodzić lokalne ograniczenia prawne. Dla wielu samorządów, które kupowały kamery do szukania skradzionych aut, to było przekroczenie granicy.

Obawy wprost wskazują lokalni urzędnicy. W Greenfield w stanie Massachusetts władze — powołując się na koszty programu i strach mieszkańców przed dostępem służb federalnych do danych — nakazały pilny demontaż kamer jeszcze przed wygaśnięciem kontraktu.

W interesie miasta leży ochrona społeczności przez wyeliminowanie ryzyka nadużyć, zwłaszcza ze strony podmiotów zewnętrznych.

— powiedziała Erin Anhalt, szefowa gabinetu burmistrza Greenfield.

Gigant idzie na ustępstwa, ale bunt może być silniejszy

Czwartkowe ogłoszenie to najpoważniejsza jak dotąd próba ratowania biznesu. Nowym standardem i domyślnym ustawieniem będzie 7-dniowy okres przechowywania danych — dotychczasowi klienci zachowają swoje zasady, ale ci, którzy przyjmą krótszy okres, dostaną bez dopłaty tryb dowodowy Evidence Mode, pozwalający zachować nagrania dłużej wyłącznie na potrzeby konkretnego śledztwa. Firma tłumaczy, że ponad 90 proc. wyszukiwań bez pełnego numeru tablicy i tak odbywa się w ciągu tygodnia od zdarzenia.

Do końca roku każdy funkcjonariusz przeszukujący bazę będzie musiał podać sygnaturę sprawy — z wyjątkiem nagłych sytuacji, takich jak zaginięcia dzieci — a obowiązkowy system audytów ma automatycznie flagować nietypowe zapytania. Samorządy zdecydują też, do jakich celów obce agencje mogą przeszukiwać dane z ich kamer: będą mogły na przykład dopuścić sprawy kradzieży, ale zablokować egzekwowanie prawa imigracyjnego.

Organizacje obywatelskie przyjęły zmiany z ostrożnym uznaniem. Max Isaacs z Policing Project na Uniwersytecie Nowojorskim ocenił w rozmowie z Washington Post, że to krok w dobrą stronę, choć spóźniony o lata.

Nie ma powodu, dla którego system nie miałby być tak zaprojektowany od samego początku.

— stwierdził Isaacs.

Kamery mają też obrońców, bo trudno dyskutować z wynikami. W Richmond policja chwaliła się ujęciem sprawców zabójstwa w 33 minuty właśnie dzięki systemowi, a sama firma podaje, że jej technologia pomaga rozwiązać ponad milion przestępstw rocznie i tylko w lipcu przyczyniła się do odnalezienia ponad tysiąca zaginionych osób oraz 20 tysięcy skradzionych aut. Spór o kamery Flock jest więc w istocie pytaniem, które prędzej czy później trafi także do Europy: ile wolności obywatele są gotowi oddać w zamian za bezpieczeństwo — i kto pilnuje tych, którzy patrzą.

Źródło: CNN, NBC News

Masz temat, o którym powinniśmy napisać? Skontaktuj się z nami!
Opisujemy ciekawe sprawy nadsyłane przez naszych czytelników. Napisz do nas, opisz dokładnie fakty i prześlij wraz z ewentualnymi załącznikami na adres: redakcja@pkb24.pl.
REKLAMA
REKLAMA