Monety, klucz świata na dokumentach finansowych

Think Tank: Czy to koniec gospodarczej globalizacji?

21.10.2025
Redakcja
Czas czytania: 8 minut/y

Wbrew popularnej narracji, globalna gospodarka nie weszła w proces deglobalizacji rozumianej jako całkowity odwrót od integracji. Jest raczej w nowej, bardziej złożonej erze slowbalisation, czyli spowolnienia tempa integracji oraz, co istotniejsze, w fazie napędzanej politycznie rekonfiguracji powiązań gospodarczych. To wynik fundamentalnej zmiany paradygmatu polityki gospodarczej w największych gospodarkach świata.

Autorem artykułu jest Zbigniew Gajewski, redaktor naczelny THINKTANK Review

W debacie na temat przyszłości globalnej integracji gospodarczej przewija się kilka kluczowych pojęć:

Deglobalizacja jest najszerszym i najbardziej radykalnym terminem. Definiuje się ją jako proces zmniejszania wzajemnej zależności i integracji między państwami, prowadzący do świata mniej połączonego, w którym dominują silne państwa narodowe, lokalne rozwiązania i kontrola granic, a nie globalne instytucje i swobodny handel.

Slowbalisation (spowolniona globalizacja) to termin, który zyskał na popularności po kryzysie finansowym z lat 2008-2009. Wzrost światowego handlu przestał wtedy znacząco wyprzedzać wzrost globalnego PKB, co było cechą charakterystyczną ery hiperglobalizacji (lata 1990-2008).

Fragmentacja geogospodarcza (geoeconomic fragmentation) to najnowsze pojęcie, wprowadzone przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW). Jest ono definiowane jako napędzane polityką odwrócenie integracji gospodarczej, często motywowane strategicznymi względami, takimi jak bezpieczeństwo narodowe. Nie jest to proces chaotyczny i nie oznacza całkowitego odwrotu od globalnych powiązań. To raczej świadoma i celowa rekonfiguracja tych powiązań – odchodzenia od jednych partnerów i zacieśniania więzi z innymi wzdłuż linii podziałów geopolitycznych. Bezpośrednim przejawem tego zjawiska jest trend friend-shoring (przenoszenie produkcji do krajów sojuszniczych).

Wskaźniki mierzenia deglobalizacji

Ocena, czy świat rzeczywiście się deglobalizuje, wymaga analizy wielu danych, które często przedstawiają niejednoznaczny obraz.

  • Handel jako % PKB. Ten klasyczny wskaźnik, po osiągnięciu szczytu przed kryzysem w 2008 r., nieznacznie spadł, co stało się głównym argumentem na rzecz tezy o slowbalisation.
  • Bezpośrednie Inwestycje Zagraniczne (BIZ). Dane Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD) pokazują wyraźny spadekglobalnych przepływów BIZ w ostatnich latach, co jest postrzegane jako jeden z namacalnych dowodów na postępującą fragmentację.
  • Globalne Łańcuchy Wartości (GVCs). Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) w swoich analizach wykorzystuje bardziej zaawansowany wskaźnik – intensywność importu w produkcji (import intensity of production). Analiza ta, po uwzględnieniu istotnych wahań cen surowców, pokazuje, że międzynarodowa fragmentacja produkcji ustabilizowała się po 2011 r., ale nie ma dowodów na ogólny, globalny trend w kierunku deglobalizacji czy masowego reshoringu (powrotu produkcji do kraju macierzystego).
  • Bariery handlowe. Najsilniejszym wskaźnikiem intencji politycznych powiązanych z pojęciem deglobalizacji jest gwałtowny wzrost liczby wprowadzanych barier handlowych. Według danych MFW, liczba nowych restrykcji handlowych niemal potroiła się od 2019 r.

Wśród międzynarodowych instytucji i analityków trwa spór dotyczący interpretacji powyższych wskaźników. Obóz sceptyków, opierając się na danych OECD i Banku Światowego, argumentuje, że deglobalizacja to mit. Ich zdaniem twarde dane dotyczące wolumenu handlu czy złożoności łańcuchów dostaw nie pokazują jednoznacznego odwrócenia trendu globalizacyjnego. Co więcej, handel światowy okazał się zaskakująco odporny w czasie pandemii COVID-19, a międzynarodowe łańcuchy dostaw umożliwiły zaspokojenie gwałtownego wzrostu popytu na określone dobra.

Z drugiej strony, instytucje takie jak MFW i Bank Światowy twierdzą, że choć dane makroekonomiczne jeszcze w pełni tego nie odzwierciedlają, to jesteśmy świadkami narodzin nowej ery fragmentacji. Zaczęła się ona ok. 2015 r. od rosnących obaw w krajach rozwiniętych dotyczących wpływu konkurencji importowej z krajów o niskich płacach (zwłaszcza z Chin) na rynki pracy, a w Europie dodatkowo od obaw związanych z kryzysem migracyjnym. Kolejnym etapem była pandemia COVID-19, w której pojawiły się argumenty o kruchości globalnych łańcuchów dostaw i konieczności budowy odporności poprzez reshoring. Wreszcie inwazja Rosji na Ukrainę zrodziła konieczność, zwłaszcza w Europie, zerwania z zależnością energetyczną krajów UE od Rosji, co ma dalekosiężne skutki geopolityczne i gospodarcze.  Osobnym czynnikiem mającym rosnący wpływ na deglobalizacje jest oczywiście polityka Donalda Trumpa.

Niejednoznaczna opinie ekonomistów 

Znany ekonomista Nouriel Roubini nie ma wątpliwości, że deglobalizacja nadchodzi i jest jednym z głównych zagrożeń nadchodzących lat. Ostrzega przy tym, że zdławi ona wzrost gospodarczy i podważy zdolność do rozwiązywania globalnych problemów, a może też prowadzić do większych konfliktów.

Z kolei Dani Rodrik, ekonomista z Harvardu, krytyk hiperglobalizacji, obecne spowolnienie globalizacji uważa za „nieuchronne i niekoniecznie złe”. Rodrik argumentuje, że odwrót od modelu skrajnie liberalnego handlu lat 90. daje szansę na zbudowanie nowego ładu opartego na bardziej sprawiedliwym podziale korzyści i na współpracy tam, gdzie to przyniesie najlepsze efekty.

Thomas Friedman, znany publicysta, twierdzi, że obecnie mamy raczej do czynienia z „kursem kolizyjnym między integracją a dezintegracją”, ale że ostatecznie powiązania wygrają, bo świat jest zbyt spleciony, by to odwrócić.

Larry Fink, szef największego na świecie funduszu inwestycyjnego BlackRock zaraz po wybuchu wojny w Ukrainie r. w liście do akcjonariuszy przewidywał, że jej efektem będzie kres globalizacjijaką znamy od trzech dekadi zapowiedział fundamentalne zmiany w łańcuchach dostaw i nastawieniu firm do globalnej kooperacji.

Peter Zeihan, geostrateg, autor książki „The End of the World is Just the Beginning”, należy do grupy futurologów przewidujących dramatyczny rozpad obecnego porządku. Argumentuje on, że globalizacja była anomalią historyczną związaną z hegemoniczną rolą USA po II wojnie, a obecnie dobiega końca wraz z wycofywaniem się Ameryki z roli globalnego policjanta i starzeniem się społeczeństw.

Zdaniem Rany Foroohar, zastępczyni redaktora naczelnego Financial Times, globalizacja w dotychczasowej formie jest martwa, a przyszłość należy do lokalnych i regionalnych powiązań. W książce „Homecoming: The path to prosperity in a post-global world” argumentuje, że przeniesienie produkcji bliżej społeczności lokalnych może zmniejszyć nierówności, wzmocnić klasy średnie i zapewnić bardziej zrównoważony rozwój. Jednak dostrzega też ryzyko: nowy lokalizm musi być inkluzywny, a nie ksenofobiczny, a także wymaga polityk, które ułatwią zmianę (np. inwestycji w edukację, infrastrukturę).

Spektrum opinii jest więc szerokie. W tej dyskusji widać dwa bieguny: na jednym są globaliści tacy jak Friedman, których zdaniem globalna integracja jest trwała i co najwyżej przechodzi drobne turbulencje. Na drugim są deglobaliścijak Roubini czy Zeihan, zapowiadający poważne cofnięcie integracji i wskazujący negatywne tego skutki. Między nimi są realistyczni reformatorzy, jak Rodrik czy Foroohar, którzy akceptują zmierzch starego porządku, ale widzą w tym szansę na poprawę systemu.

Radykalna zmiana paradygmatu

W wielu krajach rozwiniętych, których gospodarki tradycyjnie opierały się na idei liberalnego wolnego rynku, zachodzą głębokie zmiany w polityce gospodarczej. To reakcja na kolejne kryzysy, które uwidoczniły ryzyka nadmiernej zależności od zewnętrznych dostawców, ale jest to także odpowiedź polityków na rosnące w ich społeczeństwach nastroje populistyczne. Teraz znaczenia nabierają idee patriotyzmu gospodarczego i interwencjonizmu państwowego.

Przykładem są USA z ustawą Inflation Reduction Act i polityką Buy American, wspierające krajowy przemysł półprzewodników, baterii czy infrastruktury kosztem zagranicznych dostawców. Teraz dochodzi do tego polityka celna Donalda Trumpa, który brutalnie wymusił na wszystkich importerach do USA co najmniej 15-procentowe cła i akceptację zerowej stawki na eksport amerykański. Destabilizujące efekty tej polityki są odczuwalne na całym świecie.

Unia Europejska wdraża agendę otwartej autonomii strategicznej, dążąc do uniezależnienia się w kluczowych sektorach, jak energia, mikroczipy, farmaceutyki, nawet za cenę odejścia od dogmatu pełnego wolnego handlu.

Donald Tusk, wcześniej zadeklarowany liberał, podczas otwarcia warszawskiej edycji Europejskiego Forum Nowych Idei 15 kwietnia 2025 r. stwierdził, że Kończy się era naiwnej globalizacji […] Czas na odbudowę narodowej gospodarki. Czas na repolonizację polskiej gospodarki, rynku, kapitału. Dodał także słowa trudne do wyobrażenia jeszcze kilka lat temu, że Kapitał ma narodowość, gospodarka ma narodowość, menedżer spółki zarządzanej czy współzarządzanej przez państwo ma narodowość. Nasze interesy mają biało-czerwone barwy.

To wszystko oznacza zwrot w stronę aktywnej roli państwa w gospodarkach wcześniej wolnorynkowych i odejście od wcześniejszego modelu, który koncentrował się ograniczaniu interwencji państwa w swobody rynkowe.

Zmianą paradygmatu jest także powszechne rozluźnienie dyscypliny fiskalnej. Coraz więcej państw uznaje, że nadzwyczajne okoliczności wymagają zwiększenia wydatków publicznych. Po pandemii i w obliczu zagrożeń geopolitycznych rekordowo wzrosły wydatki państw na obronność, transformację energetyczną czy wsparcie krajowego przemysłu, co przekłada się na wyższy deficyt i dług publiczny. Światowy dług publiczny zbliżył się w I półroczu 2025 r. do 98 proc. światowego PKB i w ostatnich latach ma stałą tendencje wzrostową – podaje Institute of International Finance.

Wiele krajów rozwiniętych przekracza własne limity fiskalne. Jak podaje MFW aż 40 proc. z nich nie mieści się w ustanowionych regułach dotyczących deficytu/długu. Zawieszenie rygorów fiskalnych (np. w UE do 2023 r.) pozwoliło sfinansować pakiety antykryzysowe i zbrojeniowe, ale rodzi obawy o długotrwałą stabilność finansów. MFW ostrzega, że przy rosnących naciskach na wydatki (starzenie się społeczeństw, inwestycje klimatyczne, obrona) trwałe wzmocnienie ram fiskalnych jest niezbędne, by uniknąć utraty zaufania. Niemniej wiele rządów uznaje obecnie, że bezpieczeństwo strategiczne jest ważniejsze niż krótkoterminowa konsolidacja.

Nawet Niemcy zerwały z wieloletnią polityką braku deficytu, tworząc specjalny fundusz 100 mld Euro na obronność po agresji Rosji. Polska od 2023 r. podnosi wydatki obronne do obecnie ponad 4 proc. PKB – najwyżej w NATO – finansując to głównie długiem. Te działania ilustrują nowy konsensus, że państwo może i musi aktywnie wspierać gospodarkę w krytycznych obszarach, nawet kosztem wyższych wydatków i protekcjonizmu.

Przykładem patriotyzmu gospodarczego jest też repolonizacja za rządów PiS sektora bankowego i medialnego, wspieranie krajowych czempionów (np. budowa państwowego koncernu multienergetycznego Orlen) czy preferowanie lokalnych dostawców w zamówieniach publicznych.

Podobne tendencje obserwujemy w wielu krajach: Francja uruchamia programy wspierania rodzimych firm technologicznych, Włochy wzmacniają kontrolę nad przejęciami spółek przez kapitał spoza UE, a USA ograniczają inwestycje chińskie we wrażliwych branżach. Wszystko to świadczy o odchodzeniu od doktryny neoliberalnej lat 90. ku modelowi, w którym interes narodowy i odporność przeważają nad dogmatem globalnego wolnego rynku.

Przyszłość deglobalizacji – scenariusze dla świata, Europy i Polski 

Prognozowanie przyszłości deglobalizacji obarczone jest dużą niepewnością, ponieważ zależy zarówno od czynników ekonomicznych (technologie, koszty), jak i politycznych (zmiany geopolityczne, decyzje rządów, ewentualne konflikty). Niemniej z zebranych danych i wyłaniają się co najmniej główne scenariusze na nadchodzącą dekadę (do ok. 2035 r.).

Scenariusz 1: Świat zregionalizowany, ale współpracujący

W tym scenariuszu utrzymują się obecne trendy dywersyfikacji i regionalizacji handlu, ale jednocześnie udaje się uniknąć eskalacji konfliktów między głównymi blokami. Świat dzieli się gospodarczo na trzy główne strefy wpływów – zachodnią (USA, UE, sojusznicy), wschodnią (Chiny, powiązane gospodarki Azji) oraz blok niezaangażowanych.  Mimo istotnych różnic ich interesów handel między nimi wciąż nie zanika, choć jego wolumen słabnie. 

MFW ocenia, że w takim łagodnym wariancie geoeconomic fragmentation globalne straty PKB byłyby niewielkie – rzędu 0,2 proc. światowego PKB. Nastąpi jednak rekompozycja przepływów: wzrośnie handel wewnątrz regionów (np. Azja bardziej z Azją, Europa z Europą), a zmaleje między odległymi blokami. Światowa Organizacja Handlu (WTO) przewiduje nawet umiarkowany wzrost światowego handlu towarami na poziomie2-3 proc. rocznie (nieco wolniej niż PKB), co oznaczałoby dalszy spadek relatywnego znaczenia handlu.

Inwestycje zagraniczne będą podążać za tym schematem. Rozwinięte kraje zainwestują więcej w „bezpiecznych” regionach (np. Europa, Bałkany i Afryka Płn., USA, Ameryk Łac.), natomiast inwestycje w Chinach i vice versa utrzymają się na ograniczonym poziomie.

Generalnie świat uniknie jednak powrotu do autarkicznych bloków z czasów zimnej wojny. Zachowana zostanie współpraca w obszarach globalnych dóbr publicznych (klimat, zdrowie, nieproliferacja), choć będzie ona trudniejsza niż w epoce jednobiegunowej. Ten scenariusz zakłada także, że nie dojdzie do otwartej konfrontacji militarnej USA–Chiny o Tajwan, co mogłoby drastycznie przyspieszyć deglobalizację.

Dla Europy łagodna fragmentacja oznacza względnie kontrolowany spadek zależności od Chin i Rosji, przy jednoczesnym wzmocnieniu integracji wewnętrznej. UE w tym scenariuszu realizuje częściowo strategię autonomii – np. do 2030 roku ma własne moce produkcyjne półprzewodników pokrywające 20 proc. potrzeb. Import ropy i gazu z Rosji pozostaje zerowy, a w kluczowych ogniwach (baterie, farmaceutyki) udział importu spoza bloku spada. Jednak Chiny nadal są partnerem handlowym UE – być może już nie największym, ale w top3 – tyle że handel UE-Chiny rośnie wolniej niż handel wewnętrzny czy z USA.

Strategiczna autonomia UE umacnia się. Do 2035 r. Europa może być w dużej mierze niezależna energetycznie (dzięki OZE i importowi od zaufanych partnerów), militarnie (znacząco większe wydatki obronne i wspólny przemysł) i cyfrowo (własne chmury, standardy).

Pod względem wzrostu gospodarczego Europa może nieco zredukować dystans technologiczny np. do USA w obszarach zielonych technologii, bo intensywna polityka przemysłowa przyniesie owoce. OECD przewiduje, że jeśli UE sprawnie zainwestuje fundusze transformacyjne i cyfrowe, w latach 2025-30 może utrzymać wzrost ok. 1,5–2 proc. rocznie, co na warunki dojrzałych gospodarek jest przyzwoitym wynikiem.

Polska w tym scenariuszu ma duże szanse utrzymać status wschodzącego huba europejskiego. Przy ciągłym napływie inwestycji region CEE zacieśni współpracę z Europą Zachodnią, stając się coraz bardziej integralną częścią europejskich łańcuchów. Może to być złota dekada dla polskiego eksportu – rosnącego nie tylko ilościowo, ale i jakościowo (więcej produktów high-tech).

Szacunki PIE sugerują, że do 2030 r. polski eksport może zwiększyć się o dodatkowe 50 mld euro dzięki zjawisku nearshoringu, jeśli uda się wykorzystać sprzyjające trendy. PKB Polski mógłby rosnąć realnie o ok. 3-4 proc. rocznie (powyżej średniej UE), wspierany funduszami unijnymi i inwestycjami prywatnymi. Warunkiem jest jednak utrzymanie stabilności makroekonomicznej. Zbyt luźna polityka (np. wymknięcie się długu spod kontroli) mogłaby temu zagrozić.

W tym scenariuszu Polska korzysta także geopolitycznie: jest ważnym partnerem USA w regionie, co sprzyja m.in. transferowi technologii wojskowych, a jednocześnie uczestniczy w inicjatywach UE budujących jej gospodarczą autonomię. Polskie firmy mogłyby np. produkować podzespoły do europejskich mikrochipów czy pojazdów elektrycznych. Bezrobocie utrzymuje się niskie, a wyzwaniem staje się raczej szkolenie kadr i automatyzacja, by zrekompensować brak rąk do pracy. Podsumowując, łagodna fragmentacja to dla Polski scenariusz dość pomyślny – wymaga pracy nad konkurencyjnością, ale daje dużo możliwości.

Scenariusz 2: Nowa zimna wojna i podział świata na bloki

Drugi, bardziej skrajny scenariusz zakłada, że napięcia geopolityczne eskalują do poziomu porównywalnego z zimną wojną lub nawet konfliktu zbrojnego na ograniczoną skalę. Może to być np. próba sił wokół Tajwanu, poważny konflikt w rejonie Indo-Pacyfiku albo permanentna wrogość między Zachodem a Chinami i Rosją. W takim świecie następuje daleko idąca deglobalizacjawymiana handlowa między rywalizującymi blokami drastycznie spada, sankcje finansowe i technologiczne odcinają przepływy kapitału i know-how, a łańcuchy dostaw rozpadają się na osobne ekosystemy.

MFW szacuje, że w tym ekstremalnym scenariuszu globalny PKB mógłby w długim okresie być nawet o 7 proc. niższy. To tak, jakby cofnąć świat o kilka lat rozwoju. Bank Światowy z kolei dodaje, że koszty uderzą nierównomiernie – najbardziej ucierpią gospodarki otwarte i rozwijające się, które stracą dostęp do rynków zbytu i technologii. Kraje najbiedniejsze mogą doświadczyć załamania wzrostu i wzrostu ubóstwa.

Handel światowy w tym scenariuszu mógłby wrócić do poziomów z lat 90. w relacji do PKB, a więc cofnąć integrację o ok. 30 lat. Wyspecjalizowane łańcuchy dostaw, np. w elektronice, zdominowane dziś przez Azję, mogłyby się załamać. Zachód mógłby mieć poważne trudności z dostępem do zaawansowanych chipów, gdyby odciął się od azjatyckich producentów, zanim zbuduje własne moce.

Świat finansów podzieliłby się – z jednej strony strefa dolara i euro, z drugiej juana i ewentualnie walut sojuszników, co oznacza mniejszą efektywność alokacji kapitału i potencjalne kryzysy w krajach odciętych od globalnej płynności.

Inflacja globalnie mogłaby być wyższa i bardziej zmienna, bo wygasłaby stabilizująca rola globalnej konkurencji. W skrajnej sytuacji MFW nie wyklucza światowej stagflacji i depresji, jeśli deglobalizacja przyjmie postać gwałtownych „zerwań”.  Na przykład nagłe embargo Chin na eksport metali ziem rzadkich wywołałoby globalny szok cenowy w elektronice.

Dla Europy głęboka deglobalizacja byłaby bardzo bolesna. UE musiałaby w przyspieszonym tempie zastąpić cały kluczowy import spoza bloku własną produkcją lub importem od wąskiej grupy sojuszników, np. z USA, Australii i co już mniej pewne – Indii. To oznaczałoby ogromne koszty i prawdopodobnie niedobory. Wyobraźmy sobie, że Chiny w odpowiedzi na sankcje przestają eksportować panele słoneczne czy komponenty farm wiatrowych. Europejska transformacja energetyczna doznaje wtedy poważnego spowolnienia, bo lokalna produkcja nie pokryje zapotrzebowania od razu. Podobnie w przemyśle farmaceutycznym – dziś Indie i Chiny dostarczają większość substancji czynnych; ich brak oznacza kryzys lekowy, zanim Europa zbuduje własne fabryki.

Inflacja w Europie mogłaby skoczyć, a wzrost spaść niemal do zera w krótkim okresie (kilku lat). Niektóre szacunki mówią, że np. w przypadku odcięcia handlu z Chinami, PKB Niemiec spadłby o 2–3 proc., a inflacja wzrosłaby o podobną wielkość. Strategiczna autonomia UE w trybie nagłym oznaczałaby zapewne dalsze poluzowanie reguł fiskalnych. Rządy musiałyby przejąć na siebie finansowanie nowych mocy produkcyjnych i kompensację strat firm, co oznaczałoby jeszcze większe długi.

Polska w przypadku głębokiej deglobalizacji znalazłaby się w relatywnie bezpiecznym obozie (zachodnim), ale gospodarczo odczułaby to dotkliwie. Jako kraj eksportujący i silnie powiązany z Niemcami cierpiałaby wraz z nimi z powodu załamania rynków zbytu poza blokiem. Eksport np. maszyn czy mebli do Azji czy Afryki mógłby zaniknąć, jeśli relacje globalne by się zerwały, a to oznaczałoby redukcję setek tysięcy miejsc pracy.

Wzrost PKB Polski mógłby spaść do zera lub wręcz pozostawać ujemny w latach szoku, szczególnie gdyby jednocześnie wyczerpały się środki unijne (np. po 2027 r.). Z drugiej strony, jako kraj frontowy NATO, Polska miałaby zapewne priorytet w dostępie do pewnych zasobów zachodnich, np. technologii militarnych czy wsparcia finansowego USA. Trwała militarna konfrontacja (nawet zimna) z blokiem rosyjsko-chińskim oznaczałaby utrzymanie bardzo wysokich wydatków obronnych (rzędu 4–5 proc. PKB rocznie), a dla Polski to dodatkowe obciążenie budżetu na dekady.

Przy ograniczonym dostępie do tanich towarów z Azji konsumenci w Polsce straciliby na sile nabywczej – istotnie zdrożałby sprzęt elektroniczny, ubrania, zabawki itd. Jednak w scenariuszu tak skrajnym rząd prawdopodobnie wprowadzałby mechanizmy osłonowe czy racjonowanie w pewnych sektorach.

Można założyć, że głęboka deglobalizacja to scenariusz kryzysowy, w którym priorytetem jest przetrwanie i bezpieczeństwo, a rozwój schodzi na dalszy plan.

Który ze scenariuszy jest bardziej prawdopodobny? 

Przyszłość leży zapewne gdzieś między tymi skrajnościami. Świat może nie powróci do bezrefleksyjnej globalizacji z lat 90., ale też nie podzieli się całkiem jak w latach 50. XX w. Możliwe, że będziemy obserwować „szachownicę globalizacji”: w jednych sektorach, np. żywność, surowce – handel globalny nadal będzie intensywny, a w innych, np. półprzewodniki, AI ograniczony do sojuszy. UE prawdopodobnie zmniejszy zależności w wybranych obszarach, ale utrzyma otwartość w innych.

Dla Polski najważniejsze jest, że w każdym scenariuszu musi inwestować w konkurencyjność i innowacje. Jeśli globalizacja się cofnie, tym bardziej liczyć się będzie posiadanie własnych technologii i silnych firm zdolnych konkurować regionalnie. Jeśli zaś jakaś forma globalizacji przetrwa, polskie firmy muszą być gotowe na nowe reguły (np. wymogi zielone, cyfrowe).

Prognozy dla polskiej gospodarki na dekadę są umiarkowanie optymistyczne: większość międzynarodowych projekcji (np. OECD, IMF) zakłada, że Polska będzie rosła szybciej niż średnia UE, zbliżając się do poziomu zamożności Zachodu. Warunkiem jest jednak efektywna absorpcja funduszy UE i pełne wykorzystanie trendu nearshoringu.

Podsumowując, najbliższa dekada przyniesie dalsze przeobrażenia ładu gospodarczego. Powinniśmy się spodziewać mniejszego tempa wymiany międzynarodowej niż w szczycie globalizacji, ale nie jej załamania. Świat stanie się bardziej policentryczny, a sukces gospodarczy będą osiągać ci, którzy efektywnie wpasują się w nowe sieci współpracy regionalnej i technologicznej.

Zbigniew Gajewski, redaktor naczelny THINKTANK Review

Masz temat, o którym powinniśmy napisać? Skontaktuj się z nami!
Opisujemy ciekawe sprawy nadsyłane przez naszych czytelników. Napisz do nas, opisz dokładnie fakty i prześlij wraz z ewentualnymi załącznikami na adres: redakcja@pkb24.pl.
REKLAMA
REKLAMA