Rumuńscy liberałowie przeciwko demokracji? Projekt ustawy radykalnie ograniczającej wolność słowa w social mediach
Zaraz po zwycięstwie liberalnego kandydata Nicușora Dana w wyborach prezydenckich w Rumunii pojawił się nowy ustawy, który ma zmusić platformy społecznościowe, takie jak TikTok, X czy Facebook, do usuwania „nielegalnych treści” w zaledwie 15 minut od publikacji. Ten wymóg, znacznie surowszy niż unijne Rozporządzenie o Usługach Cyfrowych (DSA), pokazuje jak liberalne elity, pod płaszczykiem walki z dezinformacją, podkopują fundamenty demokracji, ograniczając wolność słowa. Projekt jest przykładem liberalnego zamachu na swobodę wypowiedzi, szczególnie w kontekście politycznym po wygranej proeuropejskiego kandydata.
„Domknięcie systemu”?
Projekt ustawy pojawił się w cieniu unieważnionych wyborów prezydenckich w listopadzie 2024 roku, które wstrząsnęły Rumunią. Sąd najwyższy anulował wyniki pierwszej tury, wskazując na kampanię dezinformacyjną na TikToku, mającą wspierać prorosyjskiego kandydata Călina Georgescu. Służby wywiadowcze ujawniły sieć 25 tysięcy kont, sterowanych m.in. przez Telegram.
Zwycięstwo (w powtórzonych wyborach, już bez udziału Georgescu) Nicușora Dana, popieranego przez liberalne i proeuropejskie siły, dało impuls do zaostrzenia regulacji. Wszystko wskazuje na to, ze ustawa jest wymierzona w prawicowo-populistyczną opozycję, szczególnie nacjonalistyczną partię AUR George’a Simiona, która zyskała popularność w mediach społecznościowych.
Proponowane przepisy są wyjątkowo rygorystyczne:
- 15-minutowy limit: Platformy muszą usuwać treści uznane za nielegalne w kwadrans, co bez automatycznych algorytmów jest praktycznie niewykonalne.
- Ograniczenie zasięgu: „Potencjalnie szkodliwe treści” mają być ograniczone do 150 użytkowników i nie mogą być promowane.
- Algorytmy pod nadzorem państwa: Platformy muszą stosować automatyczną klasyfikację treści, a jeśli ponad 30% zgłoszeń użytkowników zostanie uznanych za zasadne przez władze, grozi im kara 1% globalnego obrotu.
- Niejasne definicje: Terminy takie jak „niebezpieczna dezinformacja”, „wprowadzanie w błąd” czy „szkodliwe treści” są tak szerokie, że mogą obejmować wszystko – od memów po krytykę rządu.
Jak zwraca uwagę specjalista ds. cyberbezpieczeństwa i ochrony danych Łukasz Olejnik:
Projekt zawiera sporo niejasnych, szerokich i uznaniowych definicji – takie jak „treści potencjalnie szkodliwe” czy „szkodliwe użycie technologii”, „niebezpieczna dezinformacja”, „wprowadzanie w błąd” – które mogą prowadzić do arbitralnych decyzji. Niektórzy obawiają się, że zachodzi ryzyko nadmiernego ograniczania wolności słowa. Jeśli ustawa przejdzie, Rumunia może stać się prekursorem w Unii Europejskiej.
Demokracja w odwrocie?
Eksperci technologiczni podkreślają, że automatyczne algorytmy, na których opiera się ustawa, są zawodne. Raport Royal Society z 2022 roku wskazuje, że takie systemy często mylą satyrę, żarty czy uzasadnioną krytykę polityczną z „dezinformacją” (tzw. false positives). W Rumunii od kwietnia tego roku platformy, głównie TikTok, otrzymały ponad 4 tysiące nakazów usunięcia treści, często bez jasnego uzasadnienia. W Europie media, takie jak Politico, zwracają uwagę, że rumuński projekt wykracza poza DSA, co może prowadzić do konfliktu z unijnym prawem.
W rumuńskich mediach, takich jak Digi24, ustawa jest przedstawiana jako konieczna reakcja na rosyjską dezinformację, ale wielu widzi w niej polityczne motywy. Zwycięstwo Nicușora Dana wzmocniło proeuropejskie siły, które, jak twierdzą krytycy, chcą zdławić głosy nacjonalistyczne i antyestablishmentowe, szczególnie po sukcesie AUR w mediach społecznościowych.
Rumuński projekt ustawy stawia pod znakiem zapytania intencje liberalnych elit. Niejasne definicje, drakońskie kary i zawodne algorytmy budzą obawy, że ustawa może zdusić wolność słowa, zamiast chronić demokrację. Jeśli ustawa wejdzie w życie, Rumunia może stać się laboratorium dla nowych form cenzury w UE. Pytanie brzmi, czy liberalne zwycięstwo miało przynieść więcej demokracji, czy raczej więcej kontroli nad tym, co obywatele mogą powiedzieć.
Unia chce kontrolować internet pod pretekstem walki z dezinformacją. To droga do cenzury, a Rumunia jest tego przykładem
– napisała na „X” europosłanka Konfederacji Anna Bryłka.
Projekt nie przejdzie?
Jak jednak zaznacza Łukasz Olejnik, propozycja została przyjęta bardzo krytycznie:
Szereg instytucji i komisji wydało jednoznacznie negatywne opinie, wskazując na poważne braki merytoryczne, niezgodność z prawem unijnym i zagrożenia dla wolności słowa. Do tej pory nie pojawiła się żadna pozytywna opinia. Na logikę, to to nie powinno przejść w tej formie.
Rumuński parlament rozpatrzy projekt ustawy, która zobowiązywałaby platformy społecznościowe do usuwania nielegalnych treści w ciągu 15 minut od ich publikacji. Propozycja ta znacznie wykracza poza wymogi unijnego Rozporządzenia o Usługach Cyfrowych (DSA) – przewiduje… pic.twitter.com/U253dGtf4x
— Łukasz Olejnik (@prywatnik) May 26, 2025









