Mazda zaskakuje. Nowy silnik będzie produkował… węgiel?
Mazda znów pokazuje, że nie zamierza iść utartymi ścieżkami. Japońska marka opatentowała koncepcję silnika spalinowego, który miałby nie emitować dwutlenku węgla. Brzmi jak science fiction? Trochę tak. Pomysł polega na tym, żeby rozdzielać benzynę na wodór i węgiel – wodór spalać, a węgiel gromadzić w specjalnym pojemniku pod autem. Do tego dochodzi sześciosuwowy cykl pracy, który brzmi jak prawdziwa gimnastyka dla tłoków i zaworów.
Zero emisji na papierze, tona sadzy w praktyce
Na początku wszystko wygląda jeszcze w miarę normalnie: zasysanie powietrza, sprężanie, zapłon. Dopiero czwarty suw zamienia się w eksperyment – spaliny trafiają do reduktora, gdzie benzyna jest dotryskiwana i rozdzielana na wodór i węgiel. Wodór wraca do cylindra i znów się spala, a węgiel zostaje. I tutaj zaczyna się zabawa – pełny bak benzyny oznacza nawet 36 kilo sadzy, którą trzeba by wozić ze sobą. Potem, teoretycznie, kierowca wysypywałby ją w specjalnym miejscu, na przykład podczas wizyty w serwisie. Nie brzmi to jak coś, co polubią właściciele.
Wizja czy ślepa uliczka?
Do tego dochodzi jeszcze kwestia wydajności. Jeśli iskra zapłonowa miałaby się pojawiać co trzy obroty wału, moc silnika mogłaby okazać się śmiesznie niska. Niewiadomą pozostaje też, czy wodór wytwarzany w tym procesie wystarczy jako główne paliwo, czy będzie jedynie dodatkiem do klasycznego spalania benzyny. W efekcie cały system może wyglądać bardziej jak inżynierska łamigłówka niż realna alternatywa dla dzisiejszych napędów.
Mazda ma jednak w zwyczaju robić rzeczy, których nie próbuje nikt inny – przypomnijmy choćby silnik Wankla. Czasem wychodzi z tego ciekawostka, czasem technologiczny sukces, ale jedno jest pewne: marka nie boi się iść pod prąd. Bezemisyjny silnik spalinowy to pomysł odważny, choć raczej trudno sobie wyobrazić, by w tej formie trafił do seryjnych aut. Z drugiej strony – kiedyś podobnie patrzono na pierwsze lokomotywy parowe.









