Zyski firm w górę o 29 proc., inwestycje o 13,7 proc. Rząd wybrał ten moment na podwyżkę CIT
W pierwszym półroczu 2026 roku wynik finansowy brutto średnich i dużych przedsiębiorstw wzrósł o 29,1 proc. rok do roku, do 160,8 mld zł, a nakłady inwestycyjne o 13,7 proc. — podał w poniedziałek Główny Urząd Statystyczny. Pięć dni wcześniej premier Donald Tusk zapowiedział podniesienie CIT z 19 do 22 proc. dla firm o przychodach powyżej 50 mln euro. Zbieżność dat jest przypadkowa, ale zestawienie liczb tworzy oś sporu, który zdominuje jesienną debatę gospodarczą: czy rząd sięga po nadwyżkę, na którą firmy właśnie się doczekały, czy odbiera pieniądze dopiero co uruchomionym inwestycjom.
Najlepsze półrocze od lat
Dane GUS obejmują przedsiębiorstwa niefinansowe zatrudniające co najmniej 50 osób — nie pokazują więc całej gospodarki, bo pomijają mikro- i małe firmy oraz inwestycje publiczne. W tej grupie obraz jest jednoznaczny.
Wynik finansowy netto sięgnął 133,2 mld zł i był o 30,6 proc. wyższy niż rok wcześniej. Zysk netto wyniósł 165,2 mld zł, czyli o 28,7 mld zł, o 21 proc., więcej niż w pierwszym półroczu 2025 roku. Łączna strata netto zmniejszyła się do 32 mld zł. Zysk netto wykazało 73 proc. badanych firm wobec 71,2 proc. rok wcześniej.
Poprawa nie wynika wyłącznie ze wzrostu obrotów. Przychody ogółem wzrosły o 7,1 proc., do 2750,5 mld zł, przy wzroście kosztów ich uzyskania o 5,9 proc., do 2589,7 mld zł. Rosły więc szybciej niż koszty, co przełożyło się na wyższą rentowność.
Najważniejsza z punktu widzenia gospodarki jest jednak inna liczba. Nakłady inwestycyjne były o 13,7 proc. wyższe niż przed rokiem, podczas gdy rok wcześniej notowano spadek o 1,2 proc. Według analityków PKO BP większa aktywność dużych podmiotów może wpisywać się w prognozę ożywienia inwestycji w całej gospodarce w 2026 roku — mimo słabszego początku roku, gdy w pierwszym kwartale inwestycje ogółem wzrosły tylko o 2,4 proc.
Trzy punkty procentowe, czyli szesnaście procent
Zapowiedziana 19 sierpnia zmiana ma objąć podmioty o rocznych przychodach przekraczających 50 mln euro, czyli około 200 mln zł, oraz podatkowe grupy kapitałowe. Stawka wzrosłaby z 19 do 22 proc. od 2027 roku.
Ma to sfinansować zmiany po stronie PIT: podniesienie drugiego progu ze 120 do 130 tys. zł oraz nową stawkę 24 proc. dla dochodów od 130 do 150 tys. zł. Według ministra finansów i gospodarki Andrzeja Domańskiego skorzysta na tym 3,5 mln podatników, a maksymalna roczna korzyść wyniesie 3,6 tys. zł. Pakiet uzupełnia podwyżka daniny solidarnościowej z 4 do 5 proc. od dochodów powyżej 1 mln zł rocznie oraz obniżenie limitu przychodów uprawniającego do ryczałtu — z 2 mln euro do 250 tys. euro. Rząd zapewnia, że całość jest neutralna dla budżetu.
Przedsiębiorcy zwracają uwagę, że trzy punkty procentowe brzmią skromniej, niż wynosi rzeczywisty wzrost obciążenia. Konfederacja Lewiatan wylicza, że nominalny wzrost o 3 pkt proc. oznacza relatywnie 15,8 proc. więcej podatku.
Próg, który łapie nie tylko koncerny
Najczęściej podnoszony zarzut nie dotyczy samej stawki, lecz progu.
Przychody powyżej 200 mln zł rocznie to poziom, który w polskich realiach osiąga wiele średnich firm rodzinnych — przy niskiej marży wystarczy sprawna hurtownia albo zakład produkcyjny średniej wielkości. Zdaniem Borowskiego podwyżka obejmie właśnie takie podmioty, a nie wyłącznie międzynarodowe korporacje, przez co mniej środków zostanie na inwestycje, innowacje i wynagrodzenia.
Drugi argument dotyczy pozycji Polski w regionie. Bartosz Doroszuk z MDDP wskazuje, że przy średniej stawce CIT w Europie Środkowo-Wschodniej wynoszącej około 16 proc. Polska stałaby się wyraźnie mniej atrakcyjną jurysdykcją dla dużych podatników; na tle całej Unii, gdzie średnia sięga około 21,5 proc., poziom 22 proc. wypada mniej odstająco.
Trzeci zarzut jest proceduralny. Business Centre Club przypomina o deklarowanym wcześniej przez rząd minimum sześciomiesięcznego vacatio legis dla zmian podatkowych. Andrzej Ladziński, przewodniczący komitetu podatkowego Pracodawców RP, mówi o zaskoczeniu i ocenia, że tak znacząca zmiana obciążeń powinna być poprzedzona pogłębioną dyskusją systemową, a nie podana z dnia na dzień.
Argument, który wypada z debaty
W sporze o CIT niemal całkowicie ginie stanowisko części polskiego biznesu, która podwyżkę popiera — pod warunkiem, że obejmie wszystkich.
Twórca jednego z największych na świecie producentów okien dachowych, cytowany przez money.pl, ujmuje to wprost: nie chodzi wyłącznie o wpływy budżetowe, ale o wyrównanie warunków gry, bo dziś polskie firmy płacą podatki, podczas gdy zachodnia konkurencja ich unika. Jego zdaniem uczciwe warunki konkurowania na własnym rynku pozwoliłyby polskim przedsiębiorcom zbudować kapitał na ekspansję zagraniczną.
Co ciekawe, ten sam mechanizm dostrzega strona krytyczna — tyle że wyciąga z niego przeciwny wniosek. Wojciech Kostrzewa, szef Polskiej Rady Biznesu, zwraca uwagę, że krajowe przedsiębiorstwa mają mniejsze możliwości optymalizacji podatkowej niż globalne grupy kapitałowe. Innymi słowy: obie strony zgadzają się, że podwyżka nominalnej stawki trafi przede wszystkim w tych, którzy i tak płacą. Spór dotyczy tego, czy odpowiedzią ma być rezygnacja z podwyżki, czy uszczelnienie systemu wobec tych, którzy nie płacą.
Kwestia sekwencji
Z zestawienia obu wiadomości wyłania się pytanie, na które ani rząd, ani krytycy dotąd nie odpowiedzieli precyzyjnie: co dokładnie stanie się z tymi 13,7 proc. wzrostu nakładów inwestycyjnych.
Argument rządu jest zrozumiały. Państwo, które finansuje zbrojenia, transformację energetyczną i rosnące koszty obsługi długu, ma prawo sięgnąć po nadwyżkę tam, gdzie ona rzeczywiście powstała — a powstała w segmencie dużych firm, których rentowność wyraźnie się poprawiła. Zasada, że ciężary naprawy finansów publicznych rozkładają się na wszystkie grupy podatników, nie jest kontrowersyjna; przypominał o niej także szef Rady Fiskalnej Sławomir Dudek.
Ryzyko leży gdzie indziej. Ożywienie inwestycyjne w polskich firmach nie jest trwałym trendem, lecz zjawiskiem, które właśnie ruszyło po dwóch słabych latach i w dużej mierze opiera się na kończącym się w tym roku finansowaniu z KPO. Podwyżka podatku od 2027 roku trafia dokładnie w moment, w którym unijne wsparcie wygasa, a firmy musiałyby kontynuować inwestycje z własnych środków. Pytanie nie brzmi więc, czy duże przedsiębiorstwa stać na wyższy CIT — dane GUS pokazują, że stać. Brzmi ono: czy stać je jednocześnie na wyższy CIT i na utrzymanie tempa nakładów, gdy zniknie kroplówka z Brukseli.
Odpowiedzi na to nie ma w żadnym z opublikowanych dotąd dokumentów. Nie ma jej, bo pakiet podatkowy jest na razie zapowiedzią z konferencji prasowej, a nie projektem z oceną skutków regulacji. Do czasu, aż taka ocena powstanie, debata pozostanie wymianą przymiotników.
Źródło: GUS, PAP









