Strajku nie było, bo nikt o nim nie wiedział. Prokuratura sprawdzi, czy to przypadek
Państwowa Inspekcja Pracy skierowała do prokuratury zawiadomienie w sprawie działań kierownictwa sieci Stokrotka — informuje „Puls Biznesu”. To finał kontroli wszczętej w czerwcu na wniosek Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w ramach której inspektorzy weszli także do centrali spółki w Lublinie. Sprawdzali między innymi, czy pracodawca nie utrudniał przeprowadzenia referendum strajkowego, które „Solidarność” zorganizowała w ubiegłym roku i które upadło z powodu zbyt niskiej frekwencji. Sieć liczy około tysiąca sklepów i zatrudnia blisko 11,5 tysiąca osób.
Spór o etaty, nie tylko o pieniądze
Konflikt trwa od grudnia 2024 roku. Początkowo dotyczył wynagrodzeń, ale z czasem na pierwszy plan wysunęła się obsada sklepów.
Postulaty zgłoszone w trybie sporu zbiorowego obejmowały zwiększenie zatrudnienia o co najmniej dwa etaty w każdej placówce, podwyżkę wynagrodzeń zasadniczych o 800 zł brutto oraz podniesienie premii absencyjnej o 200 zł. Rokowania, także z udziałem mediatora, zakończyły się protokołem rozbieżności.
Argumentacja strony związkowej dotyczy przede wszystkim tego, co dzieje się na hali sklepowej.
Przez wiele miesięcy pracodawca prowadził z nami pozorowane rozmowy, nie przedstawił żadnej konkretnej propozycji. Nie doszliśmy do porozumienia ani podczas rokowań, ani w obecności mediatora. Dlatego rozpoczęliśmy referendum strajkowe
— powiedziała Alicja Symbor, przewodnicząca NSZZ „Solidarność” w Stokrotce.
Według związkowców pracownicy sklepów wykonują jednocześnie wykładanie towaru, obsługę klientów, prace magazynowe i nadzór nad kasami samoobsługowymi, przy systematycznie malejącej liczbie zatrudnionych. W części placówek na dwie zmiany ma przypadać siedem osób łącznie z kadrą kierowniczą. Symbor wskazywała też, że mediana wynagrodzeń pracowników sklepów tylko nieznacznie przekracza płacę minimalną.
Pod petycją do zarządu, w której pracownicy napisali, że są ludźmi, a nie maszynami, podpisało się ponad 2300 osób.
Głosowanie, o którym trudno było się dowiedzieć
Referendum strajkowe ruszyło 1 grudnia 2025 roku i trwało do 31 maja 2026. Głosowanie prowadzono online, przez specjalnie utworzoną platformę — pracownik podawał numer ewidencyjny i odpowiadał na jedno pytanie o poparcie dla strajku. Dla ważności referendum wymagany był udział co najmniej połowy załogi.
Sześciomiesięczny termin nie był przypadkowy. Związkowcy tłumaczyli, że potrzebują czasu, by dotrzeć do pracowników wszystkich sklepów i magazynów w kraju. Nie udało się — frekwencja okazała się zbyt niska.
Zdaniem „Solidarności” nie stało się tak samo z siebie. Związek wskazywał, że pracodawca nie zgodził się na rozsyłanie informacji o referendum służbową pocztą elektroniczną ani na przesyłanie wiadomości na służbowe telefony w sklepach. Gdy związkowcy zaczęli wysyłać zawiadomienia listami poleconymi za zwrotnym potwierdzeniem odbioru, kadra kierownicza miała otrzymać polecenie, by nie przekazywać tej informacji dalej. Symbor mówiła o zwrotkach z adnotacją, że list nie został odebrany.
Dziennikarze portali lokalnych opisywali przypadki pracownic, które o trwającym referendum dowiadywały się dopiero od nich.
Od wniosku ministerstwa do prokuratury
W czerwcu minister Agnieszka Dziemianowicz-Bąk wystąpiła do głównego inspektora pracy o wszczęcie kontroli, wskazując, że z informacji, które wpłynęły do resortu, wynika możliwość naruszeń przepisów prawa pracy.
Kontrola objęła nie tylko okoliczności referendum, ale też szerszy zakres — warunki zatrudnienia, nadgodziny, terminowość wypłat oraz kwestie bezpieczeństwa i higieny pracy. W lipcu inspektorzy weszli do centrali spółki w Lublinie, żeby przeanalizować dokumentację wewnętrzną.
Spółka od początku deklarowała współpracę.
Zapewnienie bezpiecznego, stabilnego i sprzyjającego rozwojowi środowiska pracy należy do najważniejszych priorytetów Stokrotki
— przekazała Daria Raganowicz ze spółki, zapewniając, że firma w pełni współpracuje z organami kontrolnymi i udostępnia wszystkie wymagane dokumenty, a także deklarując otwartość na dialog ze związkami zawodowymi. Pracodawca odpierał wcześniej zarzuty dotyczące płac, podkreślając, że systematycznie podnosi zarobki.
Kontrola zakończyła się skierowaniem zawiadomienia do prokuratury. Postawienie zarzutów wymaga jednak odrębnego postępowania, a samo zawiadomienie nie przesądza o jego wyniku.
Litewski właściciel, polska załoga
Warto znać strukturę własności, bo w tej sprawie ma znaczenie.
Pierwszy sklep pod marką Eden otwarto w 1996 roku w Łęcznej, a w 2000 roku sieć zmieniła nazwę na Stokrotka. Od 2018 roku należy do litewskiej grupy Maxima, która przejęła Emperia Holding. Pod koniec 2025 roku Maxima sprzedała Stokrotkę spółce Paretas B.V., należącej do tej samej grupy kapitałowej.
Decyzje o obsadzie sklepów w Lublinie, Łęcznej czy Katowicach zapadają więc w strukturze zarządzanej z zagranicy, a rachunek za nie wystawiany jest lokalnie — w postaci siedmiu osób na dwie zmiany.
Sprawa o coś więcej niż jedną sieć
Ten spór wykracza poza konflikt płacowy w jednej firmie i dotyka mechanizmu, który w polskim handlu ma znaczenie systemowe.
Prawo do strajku jest w polskim porządku prawnym gwarantowane konstytucyjnie, ale jego uruchomienie wymaga spełnienia warunku proceduralnego: udziału połowy załogi w referendum. Przy sieci rozproszonej na tysiąc placówek, gdzie ludzie pracują na zmiany, nie znają się nawzajem i nie mają wspólnej przestrzeni, kontrola nad kanałami komunikacji jest w praktyce kontrolą nad tym, czy referendum ma szansę się odbyć. Pracodawca nie musi zakazywać strajku. Wystarczy, że nie ułatwi przepływu informacji.
To jest różnica między prawem zapisanym a prawem wykonalnym. Jeśli ustalenia inspekcji się potwierdzą, sprawa Stokrotki pokaże, że w rozproszonym handlu wielkopowierzchniowym uprawnienie związkowe może zostać wygaszone bez łamania żadnego zakazu wprost — przez samą architekturę komunikacji wewnątrz firmy.
Rzecz dotyczy nie tylko jednej sieci. W polskim handlu detalicznym pracuje kilkaset tysięcy osób, w większości w strukturach o podobnej geografii i podobnym rozproszeniu. Rozstrzygnięcie w tej sprawie wyznaczy granicę tego, co pracodawca może, a czego nie może zrobić, gdy jego pracownicy próbują skorzystać z uprawnienia, które formalnie mają.
Źródło: „Puls Biznesu”, NSZZ „Solidarność”









