Dlaczego, pomimo 200 lat tradycji, trudniej w Polsce założyć spółdzielnię niż spółkę z o.o.?
Polska ma jedne z najstarszych tradycji spółdzielczych w Europie, a w krajach Zachodu spółdzielnie wyrosły na bankowe i przemysłowe potęgi. Mimo to rodzimy sektor spółdzielczy od trzech dekad się kurczy, a nowe spółdzielnie powstają w Polsce rzadko. Powodów jest kilka – od PRL-owskiego bagażu po archaiczne prawo – ale jeden jest szczególnie wymierny: założenie spółdzielni jest dziś nieporównanie trudniejsze niż założenie spółki z o.o.
Tradycja starsza niż niejedno państwo
Polska spółdzielczość należy do najstarszych na kontynencie. Już w 1816 r. Stanisław Staszic założył Hrubieszowskie Towarzystwo Rolnicze Ratowania się Wspólnie w Nieszczęściach – uznawane za pierwszą organizację o charakterze spółdzielczym na ziemiach polskich i jedną z pierwszych w Europie. Towarzystwo, zrzeszające początkowo 329 chłopów, prowadziło młyn, cegielnię, kuźnię, kasę pożyczkową i szkołę, a Staszicowi przyniosło miano ojca polskiej spółdzielczości.
W okresie zaborów ruch spółdzielczy stał się jednym z filarów gospodarczej samoorganizacji Polaków i obrony polskości: w Wielkopolsce od 1861 r. rozwijały się banki ludowe, w Królestwie spółdzielnie spożywców, a w Galicji Kasy Stefczyka. W kooperację angażowały się czołowe postaci epoki – od teoretyka kooperatyzmu Edwarda Abramowskiego, przez późniejszego prezydenta RP Stanisława Wojciechowskiego, po Bolesława Prusa, Stefana Żeromskiego i Marię Dąbrowską. Ukoronowaniem tego dorobku była ustawa o spółdzielniach z 29 października 1920 r., uchwalona w drugim roku niepodległości i uważana wówczas za jedną z najnowocześniejszych regulacji spółdzielczych w Europie.
Za granicą spółdzielnie to potęgi
Tam, gdzie rozwój spółdzielczości nie został przerwany, kooperatywy urosły do rangi rynkowych gigantów. Według szacunków Co-operatives Europe w Europie działa około 158 tys. spółdzielni zrzeszających 123 mln członków i zatrudniających 5,4 mln pracowników, z czego najwięcej – ponad milion – we Włoszech. Łączne obroty trzystu największych spółdzielni świata przekraczają 2,1 bln dolarów rocznie.
Symbolem sukcesu jest baskijski Mondragon – korporacja spółdzielni pracowniczych zatrudniająca ponad 81 tys. osób, z obrotami rzędu kilkunastu miliardów dolarów, należąca do największych przedsiębiorstw Hiszpanii. Potężna jest europejska bankowość spółdzielcza: około 2,5 tys. banków z siecią ponad 34 tys. placówek obsługuje w Unii około 210 mln klientów i zrzesza ponad 89 mln członków – z tego nurtu wyrosły giganty pokroju francuskiego Crédit Agricole czy holenderskiego Rabobanku. Wśród 50 największych spółdzielni kontynentu aż 13 pochodzi z Francji, 8 z Niemiec, a 6 z Holandii, a co czwarta ma ponad sto lat historii.
Dlaczego więc w Polsce jest tak słabo
Na tym tle rodzimy sektor wygląda blado – i ma to swoje konkretne przyczyny. Pierwszą jest historia najnowsza: po 1945 r. spółdzielczość została całkowicie podporządkowana polityce państwa, które uczyniło z niej narzędzie gospodarki nakazowej. Symboliczne jest, że nawet Towarzystwo Hrubieszowskie, które przetrwało zabory i dwie wojny światowe, zlikwidowano dopiero w 1951 r. dekretem władz komunistycznych. To czterdziestolecie wypaczyło obywatelski charakter ruchu i na dekady przykleiło spółdzielniom etykietę reliktu PRL – zniechęcającą zwłaszcza młodych przedsiębiorców.
Drugą przyczyną był szok transformacji. Po 1990 r. liczba spółdzielni systematycznie malała, a zatrudnienie w sektorze runęło z około 2,2 mln osób w 1989 r. do około 440 tys. na początku XXI w. i później dalej się obniżało. Państwo, skupione na prywatyzacji i budowie klasycznego rynku, nie wypracowało polityki wspierającej kooperację – w przeciwieństwie do Francji, Włoch czy Hiszpanii, gdzie spółdzielnie doczekały się dedykowanych ram prawnych i podatkowych.
Trzecią przyczyną – i najbardziej wymierną – jest samo prawo. Kluczowe przepisy pochodzą z ustawy Prawo spółdzielcze z 16 września 1982 r., aktu uchwalonego w realiach gospodarki centralnie planowanej i tylko punktowo nowelizowanego. Spółki handlowe działają tymczasem na podstawie Kodeksu spółek handlowych z 2000 r., wielokrotnie unowocześnianego m.in. o rejestrację elektroniczną. Kolejne projekty nowego prawa spółdzielczego trafiały do Sejmu przez ostatnie dwie dekady, ale żaden nie został uchwalony. Kraj, który sto lat temu miał jedną z najlepszych ustaw spółdzielczych w Europie, dziś reguluje tę formę przepisami z innej epoki.
Dziesięciu założycieli kontra jeden wspólnik
Jak archaiczne prawo przekłada się na praktykę, najlepiej widać przy próbie założenia spółdzielni. Spółkę z o.o. może utworzyć jedna osoba, z kapitałem zakładowym od 5 tys. zł, przez internet w systemie S24, na gotowym wzorcu umowy, bez notariusza – wpis do KRS następuje często w ciągu kilku dni, a koszty zamykają się w kilkuset złotych.
Spółdzielnia to inny świat. Zgodnie z art. 6 Prawa spółdzielczego liczba założycieli nie może być mniejsza niż dziesięć osób fizycznych albo trzy osoby prawne (łagodniejsze progi dotyczą jedynie spółdzielni produkcji rolnej i socjalnych). Kilkuosobowa grupa wspólników, chcąca prowadzić firmę na zasadach demokratycznych, w wielu przypadkach w ogóle nie ma więc dostępu do tej formy – a spadek liczby członków poniżej ustawowego minimum grozi likwidacją już działającej spółdzielni.
Do tego dochodzi procedura. Uproszczona ścieżka elektroniczna dla spółdzielni nie istnieje: założyciele muszą zwołać walne zgromadzenie założycielskie, samodzielnie przygotować statut (nie ma urzędowego wzorca), potwierdzić jego przyjęcie podpisami i wybrać organy – zarząd oraz radę nadzorczą, która w spółkach tej wielkości pozostaje dobrowolna. Sąd rejestrowy szczegółowo bada statut, a każdy błąd oznacza wezwanie do uzupełnienia braków i wydłużenie rejestracji, która w praktyce trwa tygodniami, nierzadko miesiącami. Już po starcie spółdzielnia podlega obowiązkowej lustracji – okresowemu badaniu legalności, gospodarności i rzetelności działalności, przeprowadzanemu co do zasady raz na trzy lata na jej własny koszt. Dla małego zespołu rachunek jest prosty: spółka oznacza mniej osób, mniej formalności, mniej organów i niższe koszty stałe.
Uśpiony potencjał
Efekty tej nierównowagi widać w statystykach: w Krajowej Radzie Spółdzielczej zrzeszonych jest około 10 tys. spółdzielni, w większości mieszkaniowych i rolniczych, a nowe podmioty powstają rzadko – wyjątkiem są wspierane odrębną ustawą spółdzielnie socjalne oraz rozwijające się w ostatnich latach spółdzielnie energetyczne. Bez unowocześnienia prawa – obniżenia progu założycielskiego, wprowadzenia elektronicznej rejestracji na wzór S24 i uproszczenia obowiązków najmniejszych podmiotów – dwustuletnia tradycja pozostanie kapitałem, z którego Polska nie korzysta, a spółdzielnie będą przegrywać ze spółkami już na starcie.
Źródło: opracowanie własne na podstawie ustawy Prawo spółdzielcze, Kodeksu spółek handlowych oraz danych Co-operatives Europe i Krajowej Rady Spółdzielczej








