file not found

Cyfrowe wieki ciemne nadchodzą. Internet, który miał pamiętać wszystko, zapomina na naszych oczach

30.07.2026
Kamil Śliwiński
Czas czytania: 4 minut/y

Cyfryzacja miała raz na zawsze rozwiązać problem przemijania: koniec z płonącymi bibliotekami, kwaśnym papierem i butwiejącymi taśmami. Tymczasem w 2026 roku pamięć internetu znika na kilku frontach jednocześnie – najwięksi wydawcy prasowi blokują Internet Archive w obawie przed sztuczną inteligencją, amerykańska administracja skasowała tysiące stron i zbiorów danych publicznych, a Komisja Europejska odmówiła milionowi obywateli prawnej ochrony kupionych gier przed zdalnym wyłączeniem. Badacze coraz częściej mówią wprost o „cyfrowych wiekach ciemnych” – epoce, po której historycy nie znajdą źródeł.

Epoka bez dokumentów

Termin „cyfrowe wieki ciemne” (ang. Digital Dark Age) ukuł w 1997 roku Terry Kuny, ostrzegając, że cywilizacja produkująca bezprecedensowe ilości informacji może paradoksalnie nie zostawić po sobie prawie żadnej. Analogia historyczna jest precyzyjna: pierwsze wieki ciemne, które nastały po upadku Rzymu, nie były epoką kulturowej pustki – były epoką, po której nie przetrwała dokumentacja. O ryzyku powtórki ostrzegał później m.in. Vint Cerf, jeden z ojców internetu, wskazując, że przyszli badacze mogą patrzeć na przełom XX i XXI wieku jak na czarną dziurę w źródłach.

Problem tkwi w naturze nośnika. Papier przetrwa stulecia zaniedbania na strychu; plik cyfrowy wymaga nieustannej, aktywnej opieki – serwera, który ktoś opłaca, formatu, który ktoś wciąż obsługuje, i instytucji, która wciąż istnieje. Skalę erozji pokazało badanie Pew Research Center z 2024 roku: około 38 proc. stron internetowych istniejących w 2013 roku przestało istnieć w ciągu zaledwie dekady.

W tym świetle Wayback Machine, narzędzie fundacji Internet Archive, które w październiku 2025 roku przekroczyło bilion zarchiwizowanych stron, jest de facto jedyną pamięcią sieci. I właśnie ta pamięć zaczyna ślepnąć.

Wydawcy prasowi oślepiają archiwum internetu

W styczniu bieżącego roku serwis Nieman Lab ujawnił, że najwięksi wydawcy prasowi – w tym The New York Times, The Guardian i USA Today – zaczęli blokować roboty archiwizujące Internet Archive. Powód: obawa, że firmy rozwijające sztuczną inteligencję wykorzystają publiczne archiwum jako tylną furtkę do pozyskiwania treści do trenowania modeli, z pominięciem umów licencyjnych. Żaden wydawca nie potwierdził, by taki scraping faktycznie nastąpił, ale blokady rozlały się po rynku: według analiz przywoływanych przez Forbesa co najmniej 241 serwisów informacyjnych z dziewięciu krajów blokuje przynajmniej jednego z crawlerów Archive, a do maja tego roku dołączyło ponad 340 amerykańskich redakcji lokalnych, w tym tytuły sieci McClatchy, Advance Local i Tribune Publishing.

Ironia tej sytuacji jest podwójna. Po pierwsze, to dziennikarze – zawodowi strażnicy pamięci publicznej – wymazują własny ślad. Po drugie, jak zauważa Electronic Frontier Foundation, zarchiwizowane strony są często jedynym wiarygodnym zapisem tego, jak artykuły pierwotnie opublikowano: teksty bywają po cichu edytowane lub usuwane, a Wayback Machine pozostaje jedynym narzędziem pozwalającym to prześledzić. Blokada nie zatrzyma zdeterminowanych firm AI, ale wytnie z historycznego zapisu trzy dekady cyfrowego dziennikarstwa – szczególnie lokalnego, gdzie upadająca redakcja zabiera do grobu całe archiwum.

Najgłośniej protestują sami dziennikarze. Pod petycją w obronie Internet Archive podpisało się ponad 200 z nich – w tym autorzy małych lokalnych serwisów, którzy pisząc o swoich społecznościach, muszą sięgać do tekstów redakcji dawno już nieistniejących. Dla nich Wayback Machine to nie ciekawostka, lecz warsztat pracy.

Muszę w dużej mierze polegać na archiwalnych artykułach nieistniejących już redakcji. Bez Internet Archive moja praca byłaby niezwykle trudna.

— napisał B.J. Mendelson, redaktor newslettera The Monroe Gazette, w petycji podpisanej przez ponad 200 dziennikarzy.

Państwo kasuje własne archiwa

Drugi front otworzył się w administracji publicznej. Od stycznia 2025 roku z amerykańskich stron federalnych usunięto ponad 8 tys. podstron i około 3 tys. zbiorów danych – m.in. z zasobów CDC, Census Bureau, Departamentu Sprawiedliwości i NASA – w następstwie rozporządzeń wykonawczych nowej administracji. Chronologia prowadzona przez National Security Archive odnotowuje kolejne przypadki także w 2026 roku: w lutym Departament Stanu ogłosił usunięcie z publicznego widoku wszystkich swoich postów w serwisie X sprzed stycznia 2025 roku, a CIA wycofała 17 opublikowanych wcześniej raportów wywiadowczych.

Odpowiedzią jest oddolny ruch ratunkowy: bibliotekarze, naukowcy i archiwiści-amatorzy w ramach inicjatyw takich jak Data Rescue Project czy End of Term Web Archive kopiują zagrożone zasoby, zanim znikną. To jednak działanie doraźne – i dowód na systemową słabość. Pamięć publiczna, która istnieje wyłącznie na rządowych serwerach, jest dokładnie tak trwała, jak wola polityczna aktualnej administracji.

Milion podpisów to za mało. Bruksela nie uratuje gier

Trzeci front dotyczy tego, co konsumenci uważają za swoją własność. Europejska inicjatywa obywatelska „Stop Destroying Videogames” (znana jako Stop Killing Games), zapoczątkowana po głośnym wyłączeniu przez Ubisoft serwerów gry The Crew, zebrała 1 294 188 zweryfikowanych podpisów i w styczniu bieżącego roku trafiła do Komisji Europejskiej. Organizatorzy domagali się, by wydawcy sprzedający gry w UE mieli obowiązek pozostawiania ich w funkcjonalnym stanie po zakończeniu wsparcia – np. przez tryb offline lub udostępnienie prywatnych serwerów.

Odpowiedź Komisji z 16 czerwca br. była zimnym prysznicem: żadnej nowej legislacji. Bruksela uznała, że nie może zaproponować prawnego obowiązku utrzymywania grywalności gier, wskazując na bariery związane z prawem autorskim i własnością intelektualną, i zobowiązała się jedynie do wypracowania do końca 2026 roku dobrowolnego kodeksu postępowania branży oraz kampanii informacyjnej o prawach konsumentów. Dla milionów graczy, którzy zapłacili za produkty później zdalnie unieruchomione – jak The Crew czy Anthem od Electronic Arts – to prawny ślepy zaułek. Kampania jednak nie składa broni: 45 europosłów podpisało zapytanie o działania legislacyjne, a organizatorzy zabiegają o wpisanie swoich postulatów do unijnego aktu o uczciwości cyfrowej (Digital Fairness Act).

Jesteśmy w stanie doprowadzić do uchwalenia tych przepisów nawet bez błogosławieństwa Komisji.

— zapowiedział Ross Scott, założyciel kampanii Stop Killing Games.

Kupiłeś, ale nie posiadasz

Spór o gry obnaża szerszy problem: w modelu licencyjnym „wieczysty dostęp” trwa dokładnie tyle, ile firma, jej serwer i jej model biznesowy. Historia zna przypadki wręcz literacko ironiczne – Amazon w 2009 roku zdalnie skasował z czytników Kindle legalnie kupione egzemplarze „Roku 1984″ Orwella, a Microsoft, zamykając swój sklep z e-bookami, unieważnił wszystkie sprzedane tytuły.

O tym, że nie jest to problem wyłącznie konsumencki, wskazuje raport o zachowaniu wiedzy w epoce cyfrowej, zamówiony przez fundację Arcadia i oparty na wywiadach z 43 ekspertami oraz ankiecie wśród bibliotekarzy. Wynika z niego, że nawet tam, gdzie licencje na e-booki formalnie pozwalają bibliotekom na archiwizację, niewiele instytucji ma zasoby i kompetencje, by ją systematycznie prowadzić. Fundamentalna zasada archiwistyki cyfrowej – „lots of copies keep stuff safe”, czyli bezpieczeństwo przez wielość kopii – jest w praktyce łamana zarówno wobec książek, jak i czasopism naukowych.

Pamięć jako dobro publiczne, za które nikt nie chce płacić

Wspólny mianownik wszystkich tych frontów jest ekonomiczny. Archiwizacja to czysty koszt bez przychodu, więc rynek systematycznie jej nie dostarcza – to podręcznikowy przykład zawodności rynku wobec dobra publicznego. Wydawca prasowy nie zarabia na tym, że jego artykuł sprzed dekady wciąż da się przeczytać; producent gry nie zarabia na serwerze utrzymywanym dla garstki nostalgików; administracja nie ma interesu w przechowywaniu danych, które jej nie służą. Każdy z tych podmiotów podejmuje racjonalną decyzję biznesową lub polityczną – a ich suma to cywilizacyjna amnezja.

Pierwsze wieki ciemne nie wynikały z tego, że ludzie przestali myśleć, tylko z tego, że nikt nie skopiował dostatecznie wielu rękopisów. Cyfrowa wersja tego scenariusza pisze się dziś na naszych oczach – z tą różnicą, że tym razem wiemy, co tracimy, w czasie rzeczywistym. Pytanie, na które ani rynek, ani Bruksela, ani Waszyngton nie udzieliły dotąd odpowiedzi, brzmi: kto ma płacić za pamięć, na której wszystkim rzekomo zależy, ale za którą nikt nie chce wystawić rachunku.

Masz temat, o którym powinniśmy napisać? Skontaktuj się z nami!
Opisujemy ciekawe sprawy nadsyłane przez naszych czytelników. Napisz do nas, opisz dokładnie fakty i prześlij wraz z ewentualnymi załącznikami na adres: redakcja@pkb24.pl.
REKLAMA
REKLAMA